Morgana od początku wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony jest dziewczyną, której życie od dawna układają inni, wychowywana w cieniu brata, naznaczona własną krwią i traktowana bardziej jak problem niż człowiek. Z drugiej miałam kilka momentów, kiedy chciałam wejść do tej książki i powiedzieć: „Dziewczyno, proszę cię, ogarnij się”. Ale chyba właśnie dzięki temu, że nie była bohaterką idealną, frustrowała mnie, to kibicowałam jej coraz bardziej.
Na początku historia przypominała spokojny spacer po lesie, niby ładnie, ale człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle gdzieś dojdzie i co tutaj robi. A później nagle ten las okazuje się pełen cieni, sekretów i rzeczy, których lepiej było nie budzić. I wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Pojawiają się tajemnice, magia zaczyna mocniej przebijać się przez fabułę, a napięcie stopniowo rośnie. Relacje między bohaterami nie rzucają się od razu na głęboką wodę, co jest zdecydowanym plusem. Jest spojrzenie tu, niedopowiedziane słowo tam i ten klimat ciągłego zastanawiania się: „Dobra, to coś się wydarzy czy nie?”. Lubię, kiedy wszystko nie zostaje podane na tacy.
Mam jednak wrażenie, że największą siłą „Krwi fae” jest to, że im dalej się czyta, tym bardziej chce się zostać w tym świecie. To trochę jak serial, którego pierwszy odcinek oglądasz bez większego przekonania, a potem o drugiej w nocy mówisz: „Jeszcze tylko jeden”. Nie była to książka, która porwała mnie od pierwszej strony. Wręcz przeciwnie, walczyłam z nią momentami bardziej niż ona ze mną. Ale finalnie cieszę się, że dałam jej czas, bo końcówka wynagrodziła mi tę cierpliwość.
Brak komentarzy