Grim zdecydowanie wnosi do tej książki cały mrok i chaos. To typ bohatera, który wygląda jak człowiek gotowy spalić pół świata, a jednocześnie wewnętrznie rozsypuje się przy jednej dziewczynie. Jego rozdziały mają w sobie coś surowego i obsesyjnego, czytasz i czujesz, że ten facet nigdy nie nauczył się normalnie kochać, więc kocha za mocno, za brutalnie i całym sobą. I właśnie dlatego trudno się od niego oderwać.
Oro działa zupełnie inaczej. Z pozoru opanowany, królewski i rozsądny, ale pod tym wszystkim siedzi facet zmęczony obowiązkami i wiecznym wybieraniem mniejszego zła. Jego perspektywa bardziej boli niż szokuje. To nie jest zimny władca, tylko ktoś, kto od dawna próbuje udźwignąć rzeczy, które dawno przerosłyby każdego człowieka.
Najbardziej kupiło mnie jednak to, jak bardzo ta książka komplikuje relacje między bohaterami. Nie chodzi już tylko o klasyczny trójkąt romantyczny. W tle czuć utraconą przyjaźń, niedopowiedzenia i to okropne wrażenie, że może kiedyś wszystko mogło potoczyć się inaczej. I właśnie przez to „Grim i Oro” momentami bardziej przypomina emocjonalną katastrofę niż romantasy, ale w najlepszym możliwym znaczeniu.
To zdecydowanie nie jest książka dla osób, które dopiero zaczynają przygodę z „Lightlark”, bo bez znajomości serii połowa emocji po prostu nie wybrzmi. Ale dla fanów? Totalna gratka. Szczególnie jeśli ktoś od miesięcy siedzi i analizuje każde spojrzenie Grima albo próbuje zrozumieć, czemu Oro podejmuje takie, a nie inne decyzje. A po przeczytaniu? Nadal nie wiem, którego z nich wolę. I chyba właśnie o to tutaj chodzi.