Na pochwałę zasługuje wykonanie w postaci dużej planszy, kolorowych elementów i kart, które sprawiają, że całość wygląda naprawdę porządnie, a nie jak kolejna edukacyjna pomoc schowana potem na dnie szafy. Tutaj chce się wracać, szczególnie w większym gronie, bo wtedy rozmowy nabierają tempa i robi się naprawdę ciekawie i zabawnie. To gra, która potrafi rozbawić, rozczulić i czasami lekko zaskoczyć ciszą po którymś pytaniu. Idealna dla rodzin, nauczycieli, terapeutów albo po prostu ludzi, którzy chcą spędzić razem czas trochę inaczej niż przy kolejnym maratonie seriali. I chyba właśnie dlatego gra "Emocje" zostawia po sobie coś więcej niż tylko wynik rozgrywki. Zostawia rozmowy, do których później chce się wracać.
„Dumbo” to jedna z najbardziej wzruszających opowieści Disneya. Historia małego słonika z ogromnymi uszami porusza od pierwszych stron. Dumbo doświadcza wyśmiewania i odrzucenia, a jego inność staje się powodem przykrości i samotności. Jednak dzięki sile matczynej miłości, wsparciu wiernej myszki Tim oraz odnalezionej wierze w siebie odkrywa, że to, co inni uznawali za wadę, może stać się jego największym darem. Ten komiks zachwyca emocjami, ciepłem i pięknym przesłaniem o odnajdywaniu własnej wartości. To historia, która wzrusza zarówno dzieci, jak i dorosłych.
Z kolei „Zwierzogród” to pełna humoru, tajemnic i przygód opowieść o spełnianiu marzeń i przełamywaniu stereotypów. Judy Hops jako pierwsza królicza policjantka musi nieustannie udowadniać swoją wartość w świecie zdominowanym przez większe i silniejsze zwierzęta. Jej współpraca z przebiegłym lisem Nickiem Bajerem to prawdziwy majstersztyk. Ich dynamiczne dialogi, różnice charakterów i stopniowo rodzące się zaufanie sprawiają, że tę historię śledzi się z ogromną przyjemnością. „Zwierzogród” pokazuje, że każdy może być tym, kim chce, niezależnie od tego, jak wygląda i skąd pochodzi.
Ilustracje w obu komiksach są absolutnie przepiękne i zachwycają kolorystyką od pierwszej strony. Kadry są pełne intensywnych barw, emocji i bajkowego klimatu, dzięki czemu historie dosłownie ożywają przed oczami czytelnika. Zarówno ciepłe, wzruszające sceny z „Dumbo”, jak i tętniący życiem, dynamiczny świat „Zwierzogrodu” zostały pokazane w niezwykle dopracowany sposób. Każda strona przyciąga uwagę detalami, a mimika bohaterów i bogactwo kolorów sprawiają, że jeszcze mocniej można poczuć emocje płynące z opowieści. To właśnie takie ilustracje sprawiają, że komiksy z serii Disneya od Egmont czyta się z prawdziwą przyjemnością. Idealne do wspólnego rodzinnego czytania i powracania do ulubionych historii Disneya raz za razem.
Egzemplarze bezpłatne otrzymane w ramach współpracy z wydawnictwem
Relacja Rey i Arica od początku przyciąga uwagę. Ich wzajemna zawziętość, wrogość i słowne przepychanki potrafią wciągnąć, chociaż trudno nie odnieść wrażenia, że cały motyw „enemies to lovers” znika praktycznie na pstryknięcie palcem. Niby się nienawidzą, niby stoją po przeciwnych stronach konfliktu, ale bardzo szybko zaczynają bardziej flirtować niż faktycznie ze sobą walczyć. Trochę zabrakło mi tutaj większego napięcia i czasu na rozwinięcie tej relacji, bo potencjał był naprawdę ogromny.
Mimo tego autorka potrafi pisać lekko i z humorem. Kilka dialogów i docinek naprawdę mnie rozbawiło, dzięki czemu książka nie była przesadnie ciężka czy patetyczna. To bardziej historia, przy której można dobrze się bawić, niż epickie fantasy z ogromnym światem i skomplikowaną polityką. I chyba właśnie z takim nastawieniem najlepiej po nią sięgnąć, aby nie było rozczarowania. Bo „Upadek bogów” to przede wszystkim romans z fantasy w tle, a nie odwrotnie. Jeśli ktoś oczekuje rozbudowanego świata bogów i gigantów, może poczuć niedosyt. Sama fabuła bywa dość banalna i momentami bardzo przewidywalna, ale jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej. To trochę jak oglądanie serialu, który niekoniecznie jest arcydziełem, ale i tak włącza się kolejny odcinek „tylko na chwilę”. Nie jest to książka idealna i zdecydowanie dało się wycisnąć z tego pomysłu znacznie więcej, autorka zdecydowanie trochę za dużo chciała wrzucić w krótkim czasie, jednak klimat tajemniczości, nordyckie motywy i lekki styl sprawiły, że finalnie dobrze spędziłam z nią czas.
To już drugi tom serii i naprawdę poziom ani trochę nie spadł. Wręcz przeciwnie, historia jeszcze mocniej angażuje emocjonalnie. Lukas i Trym są bohaterami, którym kibicuje się od pierwszych stron, a obserwowanie, jak Lukas próbuje odnaleźć się w dzikim świecie, bywa jednocześnie wzruszające, zabawne i momentami naprawdę stresujące. Bardzo podobało mi się, że ta opowieść nie jest tylko uroczą historią o lisach. Pokazuje też trudniejsze strony wolności, strach przed nieznanym i konieczność odnalezienia samego siebie. Ta historia wciąga bezpowrotnie zarówno dzieci, jak i dorosłych. Ogromnym plusem jest lekkość całej opowieści. Mimo niebezpieczeństw i emocjonalnych momentów, komiks czyta się niesamowicie przyjemnie. Są sceny zabawne, są momenty czułości, są też takie, które chwytają za serce. Wszystko jest świetnie wyważone. No i bohaterowie zdecy cudowni, charakterystyczni, pełni życia. Nie da się ich nie polubić. To takie urocze mordki! 🦊
Określając te wydanie jednym zdaniem, śmiało mogę stwierdzić, że to jeden z tych komiksów, które zachwycają zarówno treścią, jak i wydaniem. Twarda okładka, piękne kolory, fantastyczne ilustracje i historia, od której trudno się oderwać. Jeśli pierwszy tom był świetny, to drugi absolutnie trzyma poziom i tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że cała seria „Dzikie Łapy” to komiksy, do których chce się wracać. To jest absolutnie TOP wśród wydawanych komiksów dla dzieci i dorosłych, nie widziałam piękniejszego i równie mocno chwytające czytelnika.
Na spokojnym gospodarstwie Duży Dąb życie toczy się swoim rytmem, a tytułowy Traktorek ma wszystko poukładane tak, jak lubi. Ma przyjaciół, swoje miejsce i codzienne przyjemne rutyny. Problem zaczyna się wtedy, gdy do jego stodoły wprowadzają się jaskółki i to bez pytania. Nagle robi się tłoczno, głośno, a do tego nie oszukujmy się, trochę brudno. Traktorek nie jest zachwycony i trudno mu się dziwić, w końcu jego rutyna zostaje zaburzona.
Historia w naturalny sposób pokazuje emocje, nie brakuje tutaj frustracji, wsparcia przyjaciół, a także próby zrozumienia. Zamiast moralizowania dostajemy bardzo życiową reakcję zwykłe w postaci typowego „nie chcę się dzielić!”. Każde przedszkolne dziecko doskonale to zna. Dopiero z czasem dzięki rozmowom i pewnemu nieoczywistemu spotkaniu, coś zaczyna się w Traktorku zmieniać. I ta zmiana nie jest nagła ani wymuszona, tylko naturalna i wiarygodna, bo czasami żeby zrozumieć, potrzebujemy nieco czasu lub też zobaczenia czegoś na własne oczy.
Chociaż temat dzielenia się nie jest łatwy, to tutaj nie brakuje lekkości przy jego przedstawianiu. Empatia i współdzielenie przestrzeni podana jest z humorem i ciepłem. Do tego dochodzą barwne, przyciągające uwagę ilustracje, które sprawiają, że dzieci chętnie wracają do tej historii, nawet jeśli już dobrze wiedzą, jak się kończy. To opowieść, która nie tylko tłumaczy, dlaczego warto się dzielić, ale też pokazuje, że zmiana perspektywy może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie. Idealna do czytania razem i do rozmów po lekturze, zwłaszcza wtedy, gdy „to moje!” pojawia się w domu trochę za często.
Największym plusem książki jest styl autorki, który jest lekki, niewymuszony, idealny na jedno wolne popołudnie. Czyta się całość szybko i bez bólu, a fabuła naprawdę potrafi wciągnąć, zwłaszcza jeśli lubisz romanse z wyraźnie zarysowaną dynamiką od wrogów do kochanków. Relacja między bohaterami to zdecydowanie mocny punkt. Jest ognista, momentami wręcz wybuchowa. Clara początkowo wydaje się cicha i wycofana, ale kiedy zaczyna walczyć o swoje (i o cukiernię), to jednak potrafi zaskoczyć. Choć trzeba przyznać, że jej przemiana jest trochę zbyt gwałtowna, jakby ktoś nagle przełączył jej tryb z „spokojna” na „nie zadzieraj ze mną”.
Dominic? Klasyczny Hardy, pewny siebie do granic możliwości, chwilami zwyczajnie irytujący i zdecydowanie dupkowaty. Ale na szczęście nie jest jednowymiarowy. Z każdą kolejną stroną widać, że pod warstwą ego kryje się coś więcej, a jego przemiana jest jedną z ciekawszych rzeczy w tej historii.
Czy to książka przełomowa? Nie. Czy przewidywalna? Trochę tak. Ale czy dobrze się ją czyta? Zdecydowanie. To romans, który robi dokładnie to, co powinien, dostarcza emocji, napięcia i tej przyjemnej frustracji, kiedy bohaterowie ewidentnie coś czują, ale jeszcze się do tego nie przyznają. Idealna propozycja, jeśli masz ochotę na lekką, wciągającą historię z odrobiną dramatu, sporą dawką chemii i bohaterami, którzy najpierw mają ochotę się pozabijać, a potem już trochę mniej. 😉
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Obie historie są jak dwie strony tej samej przyrodniczej przygody. W jednej Fiko pochyla się nad zmęczonym, puchatym trzmielem, który wygląda, jakby miał za sobą wyjątkowo ciężki dzień w pracy (a umówmy się, zapylanie to nie przelewki). W drugiej trafiamy na dramatyczną scenę, mały ptaszek na ziemi, zaniepokojeni rodzice nad głową i dorosły człowiek, który chce dobrze, ale nie do końca wie jak. I tu właśnie wchodzi Fiko, cały na czerwono (w sweterku) i z supermocą, której wielu z nas mogłoby mu pozazdrościć: on naprawdę słucha zwierząt. To, co robi największe wrażenie w obu książkach, to sposób w jaki przemycają wiedzę. Bez moralizowania, bez podnoszenia palca, raczej z lekkim uśmiechem i dużą dawką empatii. Dziecko nie dostaje suchej instrukcji „rób tak, nie rób tak”, tylko wchodzi w historię i samo zaczyna rozumieć, dlaczego czasem pomoc oznacza działanie, a czasem powstrzymanie się od niego.
„Fiko i trzmiel” pachnie latem i trochę też cukrową wodą, ale pod tą słodką warstwą kryje się ważna opowieść o tym, jak bardzo zapylacze nas potrzebują i jak my potrzebujemy ich. Z kolei „Fiko i ptaszek” to mała lekcja pokory wobec natury, bo nie każdy biedny maluch faktycznie potrzebuje ratunku. Fajnym smaczkiem jest też to, że po każdej przygodzie zostaje coś więcej niż tylko wspomnienie historii. Są ciekawostki, drobne fakty i podsumowanie, które sprawiają, że dziecko zaczyna patrzeć na świat uważniej. Nagle zwykły spacer może zamienić się w misję obserwacyjną, a świadomość o otaczającym świecie jest z każdą historią coraz większa. Całość idealne dopełniają ilustracje: dopasowane, spokojne, w ciepłych barwach, czyli takie, przy których aż chce się przysiąść na chwilę dłużej. Nie krzyczą kolorami, tylko zapraszają do środka. To książki, które nie tylko się czyta, ale też trochę przeżywa. A potem zaczyna się zerkać pod nogi, czy przypadkiem gdzieś nie siedzi zmęczony trzmiel albo młody ptaszek uczący się świata. I chyba właśnie o to chodzi.
