I tutaj od razu muszę powiedzieć jedną rzecz. Helena. Na początku tego tomu dostajemy jej bardzo dużo. I chyba za dużo. 😅 Kiedy zostaje sama ze swoimi problemami, myślami, rozterkami i kolejnymi decyzjami, zaczynała mnie zwyczajnie męczyć. Oczywiście rozumiem, że przeszła sporo i jej zachowanie ma swoje uzasadnienie, ale momentami miałam ochotę powiedzieć: "Helena, ja naprawdę rozumiem, że masz problem, ale może przestańmy go analizować po raz piętnasty? I przestań już tak skakać do wszystkich jakbyś była nieśmiertelna" 😂 Dlatego kiedy w końcu wrócili Ice i cała ekipa Bad Boysów, poczułam autentyczną ulgę. O, moi ludzie! Wreszcie! 😂 To był powiew książkowego wytchnienia. Serio. Nagle zrobiło się raźniej, ciekawiej i przede wszystkim zabawniej. Tę ekipę można lubić albo nie, ale trzeba przyznać, że kiedy pojawiają się razem, dzieje się.
I właśnie za to lubię tę serię, autorka potrafi zbudować scenę, w której sytuacja jest potencjalnie dramatyczna, wszyscy powinni być śmiertelnie poważni, a mimo to ktoś wyskoczy z czymś tak absurdalnym, że zamiast przeżywać, człowiek zaczyna się śmiać. 😂 Humor jest tutaj jednym z elementów, które cechują tę historię. Nie zawsze trafia w punkt, czasami jest mocno specyficzny, ale właśnie dzięki temu "Coma" ma swój charakter. To nie jest książka, którą można pomylić z dziesięcioma innymi seriami.
No i oczywiście Ice. 🫣Przyznaję, że czekałam na jego powrót. I chyba nie tylko ja, bo kiedy Kapitan ponownie pojawia się w historii, od razu robi się ciekawiej. Najbardziej podobało mi się obserwowanie tego, jak zaczyna się zmieniać. Ice nadal jest Ice’em. Nadal potrafi być chłodny, wkurzający i sprawiać wrażenie człowieka, który najchętniej rozwiązałby każdy problem spojrzeniem. Ale jednocześnie coraz częściej wychodzi z niego ktoś, kto naprawdę zaczyna się przejmować innymi. I chyba właśnie tutaj następuje jego powolny proces topnienia. Chociaż…TAŃCZĄCY KAPITAN. Mimi, co Ty mi zrobiłaś? TAŃCZĄCY ICE. Ja naprawdę nie wiem, co mam z tym zrobić. 🫣🤣 Z jednej strony: seksi i zabawnie. Z drugiej: to jest ICE. KAPITAN. TEN GROŹNY, ZIMNY CZŁOWIEK. Bo ja rozumiem: seksi, zabawnie, trochę absurdalnie. I naprawdę scena sama w sobie ma swój urok. Ale jednocześnie cały czas miałam z tyłu głowy: "Czy to naprawdę ten sam człowiek, który jeszcze chwilę temu budził respekt samym wejściem do pomieszczenia?" 🤣 Zdecydowanie zaczyna mięknąć. 🫣 I choć chwilami trudno mi było pogodzić jego wcześniejszy wizerunek z tym, co dostajemy tutaj, to chyba właśnie ta zmiana sprawiła, że jego postać stała się dla mnie ciekawsza.
Relacja Heleny i Ice’a również idzie do przodu. Nie jest już tylko ciągłym przepychaniem się i sprawdzaniem, kto pierwszy straci cierpliwość. Pojawia się więcej troski, emocji i momentów, w których naprawdę można zobaczyć, że między nimi coś się zmienia. I zdecydowanie na ich wspólne sceny czekałam bardziej niż na kolejne rozterki Heleny.
Ale żeby nie było, ten tom to nie tylko romans i humor. Świat Comy zaczyna robić się naprawdę interesujący. Dostajemy więcej informacji, więcej tajemnic i coraz wyraźniej widać, że wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać na początku. Pojawiają się pytania o władzę, wolność, lojalność i to, komu właściwie można zaufać. I co ważne, nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Bohaterowie muszą podejmować decyzje, w których właściwie nie ma idealnego rozwiązania. Można zrobić coś w dobrej wierze, a jednocześnie skrzywdzić kogoś innego. Można być lojalnym wobec jednej osoby i jednocześnie zdradzić kogoś innego. I ten element podobał mi się naprawdę bardzo.
Jednocześnie mam wrażenie, że książka jest momentami zdecydowanie za długa. Niektóre fragmenty spokojnie można byłoby skrócić, bo nie zawsze czułam, że fabuła posuwa się do przodu. Bywały momenty, kiedy akcja mnie wciągała, a chwilę później znowu miałam poczucie, że stoimy w miejscu. Do tego dochodzi cała masa bohaterów, wydarzeń i informacji. Czasami naprawdę trzeba było zrobić sobie mentalny reset i pomyśleć: „Dobra, kto teraz jest z kim, kto kogo zdradził i w jakim właściwie jesteśmy świecie?” 😂 Ale mimo tych wszystkich uwag jest coś, czego tej książce odmówić nie mogę, ona ma klimat, jedyny i niepowtarzalny.
„Coma” jest dziwna. Jest momentami absurdalna. Potrafi rozbawić w kompletnie nieoczekiwanym momencie, a chwilę później wrzucić bohaterów w sytuację, w której robi się naprawdę nieprzyjemnie. I właśnie ten kontrast bardzo mi się podoba. Nie jest to idealna książka i zdecydowanie nie wszystko kupiłam. Helena potrafiła mnie zmęczyć, jej siostra działała mi na nerwy jeszcze bardziej, niektóre fragmenty były zdecydowanie przegadane, a długość momentami zaczynała boleć. Ale jednocześnie, gdybym naprawdę nie była zainteresowana tym światem, pewnie nie dotarłabym do końca. A dotarłam. I teraz oczywiście mam problem, bo zakończenie zostawia mnie dokładnie tam, gdzie nie chciałam być, z potrzebą natychmiastowego sięgnięcia po kolejny tom. 🤦♀️ Bo niby człowiek spodziewał się takiego finału, ale z drugiej strony myśli sobie "No nie! Tak nie można!".
Mimi Lisette zdecydowanie umie zrobić czytelnikowi krzywdę. Najpierw daje Bad Boysów, Ice’a, absurd i śmiech, potem dorzuca emocje, a na koniec mówi: "No dobra, to teraz sobie poczekaj." Nieładnie. Bardzo nieładnie. 😂 Czy „Na dnie snu” podobało mi się bardziej niż pierwszy tom? Nie. Pierwsza część miała dla mnie więcej tego efektu świeżości i większy element zaskoczenia. Ale czy drugi tom sprawił, że chcę poznać dalszy ciąg? Niestety TAK. I to jest chyba najlepsze podsumowanie całej tej historii. Bo „Coma” nie jest serią, którą czytam dla perfekcji. Czytam ją dla tego całego popieprzonego chaosu, dla Bad Boysów, dla Ice’a, który powoli przestaje być lodowcem, dla absurdalnych scen, które potrafią mnie rozłożyć i dla pytania: "Co jeszcze ta autorka wymyśli?" ♥️
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem