To chyba najbardziej refleksyjna część całego cyklu. Jest mniej spektakularna niż poprzednie tomy, ale zostawia po sobie coś więcej niż tylko emocje związane z akcją. Skłania do zastanowienia się nad odpowiedzialnością, wybaczeniem i tym, jak przeszłość potrafi wpływać na nasze decyzje.Czy to mój ulubiony tom? Chyba nie. Momentami brakowało mi większego tempa i mocniejszych wydarzeń, które wcześniej były znakiem rozpoznawczym tej serii. Mimo wszystko uważam, że to bardzo godne zakończenie historii Siedmiu Królestw. Takie spokojniejsze, bardziej dojrzałe i pełne nostalgii. Jeśli jeszcze nie znacie tej serii, to naprawdę warto dać jej szansę, ale koniecznie czytajcie ją po kolei. To jedna z tych fantastycznych historii, które zachwycają nie tylko magią i przygodą, ale przede wszystkim świetnie napisanymi bohaterami i światem, do którego chce się wracać. A z „Morskim ptakiem” naprawdę trudno było mi się pożegnać. ❤️
Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Autorka naprawdę potrafi mieszać w fabule i świetnie prowadzi akcję, robi nieoczekiwane zwroty, kreuje bohaterów nieidealnych, którym wpadają kłody pod nogi i stawia przed nimi trudności. A kiedy myślimy, że w końcu im się uda, nagle robi nam niespodziankę i znów kręci w tym kotle, a kibicowaniu, aby zasłużyli na happy end nie ma końca. Potrafi wzbudzić emocje i wstrząsnąć czytelnikiem. Uwielbiam historie, w których nic nie jest oczywiste, a tutaj zwrotów akcji zdecydowanie nie brakuje. Bohaterowie nie są idealni, popełniają błędy, podejmują ryzykowne decyzje i przez to wypadają bardzo naturalnie. Nie raz kibicowałam im z całych sił, żeby w końcu los dał im odetchnąć, ale autorka najwyraźniej uwielbia wystawiać ich cierpliwość na próbę.
"Złoto i zemsta" to książka, która zdecydowanie ląduje wśród top przeczytanych w 2026 i z czystym sumieniem mogę ją gorąco polecić. Znajdziecie w środku Towarzystwo Czarodziejskich, do którego pragnie się dostać każda młoda dziewczyna, która ukończy szesnaście lat, tak jak nasze główne bohaterki Grace oraz Emmy. Każdy z Czarodziejskich włada indywidualnymi zdolnościami takimi jak woda, powietrze, lecznictwo czy transformacja, generalnie jest mnóstwo przeróżnych odmian magicznych umiejętności. Mocno kupił mnie wykreowany świat. Towarzystwo Czarodziejskich, bale debiutantek, walka o wpływy, rodzinne tajemnice i magia, która nie jest tylko dodatkiem, ale ważnym elementem całej historii, to wszystko świetnie się ze sobą łączy. Każda magiczna zdolność ma swoje miejsce, a cały system został przemyślany i sprawił, że z przyjemnością odkrywałam kolejne zasady rządzące tym światem.
Bardzo podoba mi się, że autorka pokazała, że największe rany często zadają osoby, którym ufamy najbardziej. Wykracza w tworzonej historii poza schematy i pozorna przyjaźń okazuje się początkiem rewolucji. Motyw zdrady został poprowadzony naprawdę mocno i to właśnie on napędza całą historię. Zemsta nie jest tutaj jedynie prostym odwetem, ale długą, pełną ryzyka grą, w której każdy ruch może wszystko zniszczyć. Relacja Emmy i Jacka również przypadła mi do gustu. To nie romans, który przyćmiewa fabułę, ale taki, który rozwija się gdzieś pomiędzy kolejnymi intrygami i niebezpiecznymi planami. Dzięki temu całość wydawała się bardziej naturalna, a napięcie między nimi tylko dodawało historii uroku. To zdecydowanie jedna z tych książek, które po zamknięciu zostają w głowie jeszcze na długo. Dostajemy tutaj magię, intrygi, zdradę, zemstę, emocje i bohaterów, którym naprawdę chce się kibicować. Mimo wolniejszego początku końcówka wynagradza wszystko z ogromną nawiązką.
Jeśli lubicie historie pełne sekretów, nieoczywistych zwrotów akcji, magicznych klimatów i fabuły, w której zdecydowanie więcej dzieje się poza romansem niż w samym romansie, to koniecznie dajcie tej książce szansę. Ja bawiłam się naprawdę świetnie. To historia, w której autorka w momentach, gdy wydaje się, że wszystko zaczyna zmierzać w dobrą stronę, nagle wywraca sytuację do góry nogami i znów zostawia czytelnika z otwartą buzią 🥰
Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Po zakończeniu "Limerence" byłam przekonana, że "Redamancy" będzie jedną z tych kontynuacji, które przebiją pierwszy tom. Historia zostawiła mnie z ogromnym niedosytem, więc z niecierpliwością czekałam na dalsze losy Poppy i Adriana. Niestety po lekturze drugiej części sama nie wiem, co o niej myśleć. Mam naprawdę mieszane odczucia. Książkę nadal czyta się bardzo szybko. Nie bez powodu pochłonęłam ją w ciągu kilku godzin. Autorka potrafi budować napięcie, a mroczny klimat i tajemnice sprawiają, że trudno odłożyć powieść na bok. Nie zabrakło również zwrotów akcji, które skutecznie podtrzymują ciekawość i zachęcają do poznania zakończenia.
Największym problemem jednak okazała się dla mnie relacja głównych bohaterów. W pierwszym tomie między Poppy i Adrianem aż iskrzyło, ich historia była intensywna, pełna emocji i nieoczywistego napięcia. Tutaj zabrakło mi tej chemii, która wcześniej tak bardzo mnie wciągnęła. Ich relacja momentami wydawała mi się po prostu dziwna i trudno było mi uwierzyć w niektóre zachowania czy podejmowane przez nich decyzje. Ta relacja nie jest ani trochę zdrowa, oboje są chorzy psychicznie, nie da się tego nazwać inaczej, a ich relacja to "miłość" zaburzonych osób.
Szczególnie irytowała mnie Poppy. Z jednej strony ucieka przed Adrianem przez 10 lat i próbuje odciąć się od przeszłości, a z drugiej wystarczy chwila, by była gotowa poświęcić dla niego wszystko i roztrząsa, że udawał, że jej nie zna. Ta ogromna zmienność i niezdecydowanie sprawiały, że nie potrafiłam zrozumieć jej motywacji. Zamiast kibicować bohaterom, coraz częściej zastanawiałam się, dlaczego postępują właśnie w taki sposób. Mam również wrażenie, że emocje między nimi zostały przedstawione zbyt powierzchownie. Po tak długiej rozłące liczyłam na stopniowe odbudowywanie zaufania, więcej napięcia i rozmów, które pozwoliłyby lepiej zrozumieć ich uczucia. Tymczasem wiele wydarzeń potoczyło się zaskakująco szybko, przez co trudno było mi w pełni zaangażować się w ich historię.
Nie mogę jednak powiedzieć, że to zła książka. Nadal ma w sobie elementy, które potrafią przyciągnąć uwagę, a mroczny klimat i tajemnice sprawiają, że chce się poznać finał. Po prostu po fenomenalnym pierwszym tomie oczekiwałam znacznie więcej, no ale niestety autorka nie pokonała postawionej sobie poprzeczki. "Redamancy" pozostawiło mnie z mieszanymi uczuciami. To kontynuacja, która ma swoje mocne strony, ale jednocześnie nie dostarczyła mi tych emocji, których tak bardzo oczekiwałam po "Limerence", a przypominam, że pierwszy tom był dla mnie 10/10. Warto samemu wyrobić sobie opinię, choć dla mnie to właśnie początek historii pozostaje zdecydowanie lepszą częścią tej historii.
Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Największą zaletą tej książki niewątpliwie jest właśnie możliwość obserwowania procesu twórczego. Z chaotycznych szkiców stopniowo wyłania się monumentalna opowieść, a czytelnik ma wrażenie, że Śródziemie rozwijało się niczym żywy organizm, zaskakując nie tylko odbiorców, ale czasem także własnego autora. Dzięki temu dobrze znane sceny nabierają nowego znaczenia, a kunszt Tolkiena imponuje jeszcze bardziej. Ogromnym atutem wydania są również materiały graficzne, które znajdziemy w środku: mapy, plany i rysunki przedstawiające kolejne wersje Orthanku, Minas Tirith, Skalnego Gniazda czy tuneli w Lochu Pajęczycy. Nie pełnią one jedynie funkcji ozdobnej, lecz pozwalają prześledzić ewolucję pomysłów autora i lepiej zrozumieć, jak kształtował swój legendarny świat.
Nie jest to jednak lektura dla każdego. "Wojna o pierścień" wymaga znajomości "Władcy Pierścieni" i zdecydowanie dużej ilości pokładów cierpliwości i skupienia. Liczne warianty wydarzeń, komentarze redakcyjne oraz porównania kolejnych wersji tekstu mogą przytłoczyć osoby dopiero rozpoczynające przygodę ze Śródziemiem. To książka skierowana przede wszystkim do pasjonatów, którzy chcą zajrzeć za kulisy powstawania jednego z najważniejszych dzieł literatury fantasy. Dla miłośników Tolkiena jest to jednak prawdziwy skarb. Nie tylko pogłębia znajomość świata Śródziemia, ale przede wszystkim pokazuje człowieka stojącego za legendą, pisarza, który nie tworzył w natchnieniu od pierwszego do ostatniego zdania, lecz z ogromną pokorą, cierpliwością i wyobraźnią budował historię, która po dziś dzień pozostaje niedoścignionym wzorem fantasy. Po lekturze trudno nie nabrać jeszcze większego szacunku dla jego pracy i nie poczuć ochoty, by ponownie wyruszyć ścieżkami Froda ku Górze Przeznaczenia.
Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Punktem wyjścia jest niezwykle ciekawy motyw drugiej szansy. Mo Ran, niegdyś bezwzględny cesarz i postrach świata kultywacji, po śmierci budzi się ponownie jako szesnastolatek. Wie, do czego doprowadziły jego wcześniejsze wybory, dlatego próbuje zmienić bieg wydarzeń. Problem w tym, że przeszłość wcale nie okazuje się tak jednoznaczna, jak zapamiętał, a ludzie, których uważał za wrogów lub przyjaciół, zaczynają ukazywać zupełnie inne oblicza.
Największym atutem tej powieści są dla mnie bohaterowie. Autorka nie tworzy postaci idealnych ani łatwych do ocenienia. Mo Ran potrafi jednocześnie irytować i wzbudzać współczucie. Jego pewność siebie często zderza się z własnymi słabościami, a obserwowanie, jak stopniowo konfrontuje się z konsekwencjami dawnych decyzji, jest niezwykle angażujące. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie Chu Wanning. Na pierwszy rzut oka wydaje się chłodny i niedostępny, jednak z każdą kolejną sceną coraz wyraźniej widać, że pod tą maską kryje się człowiek pełen niewypowiedzianych emocji. Relacja tej dwójki opiera się przede wszystkim na niedomówieniach, błędnych przekonaniach i uczuciach, których żadne z nich nie potrafi właściwie nazwać. To właśnie ona sprawia, że trudno przestać myśleć o tej historii po zamknięciu książki.
Choć nie był to mój pierwszy kontakt z chińskim fantasy i systemem kultywacji, to jednak na początku potrafiłam się zgubić w tej historii. Jednak później zaczęłam coraz bardziej doceniać bogactwo stworzonego świata. Mitologia, duchowe moce, niezwykłe stworzenia i zasady rządzące tym uniwersum tworzą klimat, który wyróżnia tę serię spośród wielu innych powieści fantasy. Nie jest to jednak książka, którą można przeczytać w pośpiechu, wymaga uwagi, zwłaszcza na początku, gdy poznajemy nowe pojęcia i liczne postacie. Nie oznacza to jednak, że historia jest pozbawiona lżejszych momentów. Wewnętrzne komentarze Mo Rana oraz sytuacje wynikające z tego, że dawny wszechpotężny władca ponownie musi funkcjonować jako nastolatek, skutecznie rozładowują napięcie. Humor pojawia się w odpowiednich momentach i dobrze równoważy cięższe fragmenty opowieści. Warto również pamiętać, że jest to powieść przeznaczona dla dorosłych odbiorców. Porusza trudne tematy, nie unika przemocy ani psychologicznie wymagających scen, dlatego przed lekturą dobrze zapoznać się z ostrzeżeniami dotyczącymi zawartości, a jest ich dość sporo.
Pierwszy tom pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, ale zamiast rozczarowania wywołuje ogromną ciekawość. To opowieść o winie, konsekwencjach własnych wyborów, poszukiwaniu odkupienia i odkrywaniu prawdy, która często okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, niż mogło się wydawać. Mimo wymagającego początku była to lektura, która z każdym rozdziałem wciągała mnie coraz mocniej. Zakończyłam ją z przekonaniem, że to dopiero początek znacznie większej historii i z ogromną ochotą sięgnę po kolejne tomy. A na koniec na osobną pochwałę bez wątpienia zasługuje polskie wydanie. Starannie wykonana okładka, ilustracje, barwione krawędzie oraz dbałość o detale sprawiają, że książka prezentuje się naprawdę wyjątkowo i cieszy nie tylko podczas czytania, ale również jako ozdoba biblioteczki.
Jednocześnie dzisiaj czytam już zupełnie inaczej. Z większą uwagą wyłapuję rzeczy, które kiedyś zupełnie mi nie przeszkadzały. Najbardziej rzucało mi się w oczy tłumaczenie. Niektóre konstrukcje zdań brzmiały nienaturalnie, a w pewnym momencie aż parsknęłam śmiechem, gdy na przestrzeni dwóch stron naliczyłam pięć zdań rozpoczynających się od słowa „Celaena”. To drobiazg, ale skutecznie wybijał mnie z rytmu czytania.
Zmieniło się również moje spojrzenie na bohaterów. Dziesięć lat temu byłam zdecydowanie #TeamChaol i właściwie od początku skreśliłam Doriana. Dzisiaj patrzę na niego znacznie łagodniej. Nadal jest rozpieszczonym książątkiem, który momentami zachowuje się tak, jakby jego życie było najtrudniejsze na świecie, choć dorastał w luksusie. Mimo to zyskał moją sympatię. Widać w nim dobro, empatię i chęć bycia kimś lepszym niż jego ojciec, a jego humor i sposób bycia sprawiają, że trudno go nie lubić. Chaol natomiast nadal ma w sobie to coś. Jest skryty, zdystansowany i ostrożny, ale właśnie tym przyciąga. Nie jest człowiekiem, który od razu odsłania wszystkie karty, a obserwowanie, jak stopniowo otwiera się przed innymi, wciąż sprawia ogromną satysfakcję. Po latach jeszcze bardziej doceniam jego opanowanie i rozsądek.
Największą zmianę odczułam jednak wobec samej Celaeny. Dziesięć lat temu zachwycałam się jej siłą i pewnością siebie. Dziś nadal ją lubię, ale nie potrafię już przymykać oka na pewne niespójności. Mówimy przecież o najlepszej zabójczyni w Adarlanie, a jednocześnie wielokrotnie zachowuje się zaskakująco miękko. Niektóre jej reakcje i decyzje po prostu nie pasują do reputacji, jaką zbudowała. Oczywiście wiem, że autorka chciała pokazać jej ludzką stronę i wrażliwość, ale miejscami miałam wrażenie, że te dwa wizerunki nie do końca się ze sobą zazębiają.
To jednak nie zmienia faktu, że świat stworzony przez Sarah J. Maas nadal robi ogromne wrażenie. Dworskie intrygi, tajemnice, turniej o tytuł Obrońcy Króla i stopniowo odkrywane sekrety sprawiają, że od tej historii naprawdę trudno się oderwać. Z przyjemnością wyłapywałam drobne szczegóły, które kiedyś umknęły mi przez emocje i tempo czytania.
Powrót do "Szklanego tronu" okazał się dokładnie tym, czego potrzebowałam. Nie był już bezkrytycznym zachwytem nastolatki, która zakochiwała się w każdym bohaterze i każdej scenie. Był świadomym spotkaniem z historią, która mimo swoich wad nadal ma w sobie coś wyjątkowego. Widzę dziś więcej niedociągnięć, inaczej odbieram relacje między bohaterami i dostrzegam rzeczy, które kiedyś całkowicie mi umknęły. A jednak magia tej opowieści wciąż działa. I chyba właśnie to jest najlepszym dowodem na to, że niektóre książki naprawdę warto odwiedzać po latach.