Szczególnie zachwyciło mnie wykonanie książki, które jest naprawdę pomysłowe. Zamiast klasycznego podziału na gatunki czy środowiska oraz suchych faktów, dostajemy świat oglądany przez pryzmat nosa. I nagle okazuje się, że to, co zwykle ignorujemy, staje się kluczem do zrozumienia całego życia danego zwierzęcia. Każdy bohater tej książki to mała zagadka i nieustannie pojawia się pytanie: dlaczego jego nos wygląda właśnie tak i co potrafi? Każda strona przekazuje informacje w podobny, chociaż jednocześnie nieco inny sposób. Jest w niej całe mnóstwo ciekawostek, dowiadujemy się gdzie mieszkają zwierzęta i jednocześnie możemy sprawdzić to na mapie, do czego służą im nosy, jakie charakterystyczne cechy mają, czy są zagrożone wyginięciem, jak ważne jest dbanie o środowisko, jak uciekają przed drapieżnikami. A wszystkie to jest uzupełnione przyjaznymi i jednocześnie genialnymi ilustracjami, które pozwalają dzieciom zwizualizować sobie to, o czym czytamy. Obrazki robią przy tym coś więcej niż tylko ozdabiają treść, one opowiadają równoległą historię, pełną detali, humoru i subtelnych smaczków, które sprawiają, że chce się wracać do tych stron. To nie są obrazki do szybkiego przejrzenia, tylko do uważnego oglądania, niemal jak mapy skarbów.
„Genialne nosy” to jedna z tych książek, które przypominają, jak powinna wyglądać nauka, czyli trochę jak zabawa, trochę jak przygoda, a trochę jak zdziwienie, które nie chce minąć. Idealna nie tylko dla dzieci, raczej dla wszystkich, którzy lubią patrzeć na świat z innej, nieco bardziej wyczulonej perspektywy. Czytelnik kończy lekturę z głową pełną pytań i dziwnym przekonaniem, że świat jest o wiele bardziej niezwykły, niż się wydawało. I że być może największe tajemnice kryją się w rzeczach, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie zwyczajne.
„Sfinks” to gra typu roll&write, w której gracze przenoszą się do świata starożytnego Egiptu i próbują stworzyć jak najlepiej zaplanowane konstrukcje. Mechanika jest prosta: rzucamy kostkami i wykorzystujemy uzyskane liczby do wypełniania pól na swojej planszy. Kluczem do sukcesu jest jednak odpowiednie rozmieszczenie wyników, ponieważ w każdej z budowli obowiązują inne zasady układania liczb. W piramidzie wartości muszą rosnąć zarówno w poziomie, jak i w kolejnych poziomach, obelisk wymaga rosnącej sekwencji w pionie, a w Sfinksie liczby układamy zgodnie z określonym schematem od lewej do prawej. Choć zasady nie są skomplikowane, gra wymaga sporo planowania. Każdy rzut kostkami daje nowe możliwości, ale też zmusza do podejmowania decyzji, które mogą mieć konsekwencje w dalszej części rozgrywki. Raz wpisanej liczby nie można już zmienić, dlatego warto dobrze przemyśleć każdy ruch. Dzięki temu „Sfinks” nie jest tylko grą losową, liczy się spryt, przewidywanie i umiejętność optymalnego wykorzystania dostępnych wyników. Dodatkowym smaczkiem są premie dla graczy, którym uda się szybciej ukończyć poszczególne elementy budowli. Całość sprawia, że rozgrywka jest dynamiczna, a jednocześnie pobudza logiczne myślenie.
Z kolei „Na ratunek!” to propozycja bardziej familijna, oparta na mechanice znanej z gry memory, ale wzbogacona ciekawym tematem. Gracze wcielają się w osoby wysyłające pojazdy ratunkowe do różnych zdarzeń od pożarów, po kolizje drogowe. Zadanie polega na odnalezieniu odpowiedniego pojazdu, który pasuje do konkretnego wypadku. Jeśli wybór okaże się trafny, zdobywamy punkt zwycięstwa w postaci kafelka akcji. Rozgrywka wymaga dobrej pamięci i spostrzegawczości, ponieważ trzeba zapamiętywać położenie odkrywanych kafelków. Jednocześnie pojawia się element ryzyka, gracze muszą uważać na fałszywe alarmy, których zbyt duża liczba może wyeliminować ich z gry. Dzięki temu „Na ratunek!” jest emocjonujące nawet dla starszych graczy, choć szczególnie dobrze sprawdza się w rozgrywkach z dziećmi. Tematyka pojazdów ratunkowych dodatkowo uczy najmłodszych, jakie służby pomagają w różnych sytuacjach.
Obie gry mają jeszcze jedną ważną zaletę, są bardzo poręczne. Niewielkie pudełka sprawiają, że bez problemu można zabrać je na wyjazd, wakacje czy weekendową wycieczkę. To idealne „gry do plecaka”, które nie zajmują dużo miejsca, a potrafią umilić czas w podróży czy podczas przerwy w zwiedzaniu.„Sfinks” spodoba się osobom lubiącym łamigłówki i planowanie ruchów, natomiast „Na ratunek!” to lekka, szybka gra rozwijająca pamięć i refleks. Obie pokazują, że nawet niewielkie planszówki mogą dostarczyć dużo zabawy – szczególnie wtedy, gdy mamy je zawsze pod ręką podczas wyjazdów.
Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy istnieją książki, które czyta się nie tylko oczami, ale przede wszystkim sercem, bez wahania wskazałabym "Mapę pragnień". To jedna z tych historii, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. One zostają w głowie – cicho, ale uparcie i nie dają o sobie zapomnieć. To historia o życiu, które trzeba zacząć od nowa.
Grace Peterson ma dopiero 22 lata, a jej życie już zdaje się zakończone. Przynajmniej tak jej się wydaje. Od zawsze wiedziała, po co istnieje, miała być ratunkiem dla swojej ciężko chorej siostry Lucy. Wszystko w jej świecie było podporządkowane jednemu celowi. Kiedy Lucy umiera, znika również sens, który przez lata trzymał Grace przy życiu. I właśnie wtedy zaczyna się coś niezwykłego. Zamiast pustki zostaje jej po siostrze gra. Lucy przygotowała dla Grace serię zadań, tytułową Mapę pragnień. To nie jest jednak zwykła lista marzeń do spełnienia. To raczej kompas, który ma pomóc Grace odnaleźć drogę do samej siebie. Pierwsza wskazówka prowadzi ją do tajemniczego Willa Tuckera, chłopaka, który sam nosi w sobie więcej cieni niż światła. Ich wspólna podróż nie przypomina romantycznej przygody z komedii romantycznej. To raczej powolne przedzieranie się przez emocje, wspomnienia i pytania, na które nie zawsze łatwo znaleźć odpowiedź.
Jedną z największych zalet tej książki jest to, że jej bohaterowie nie są idealni. Grace jest zagubiona, momentami wycofana, pełna wątpliwości. Will z kolei skrywa własne rany i niechętnie pozwala komukolwiek zajrzeć do swojego świata. I właśnie dlatego tak łatwo im uwierzyć. Ich relacja rozwija się powoli, naturalnie, bez fajerwerków i dramatycznych deklaracji na każdej stronie. To raczej delikatne zbliżanie się do siebie dwóch osób, które najpierw muszą nauczyć się żyć z samymi sobą. Najbardziej poruszyło mnie jednak coś innego. Ta historia zmusza do zatrzymania się i zadania sobie kilku prostych, ale trudnych pytań: Czy naprawdę żyjemy tak, jak chcemy? Czy znamy własne marzenia, czy tylko spełniamy oczekiwania innych? I czy potrafimy spojrzeć na siebie z taką samą czułością, z jaką patrzymy na bliskich? „Mapa pragnień” nie daje prostych odpowiedzi. Zamiast tego zostawia czytelnika z refleksją, że czasem trzeba się zgubić, żeby w końcu znaleźć właściwą drogę.
Styl Alice Kellen jest niezwykle subtelny. Autorka nie krzyczy emocjami, raczej pozwala im powoli sączyć się z każdej strony. Dzięki temu czytelnik wchodzi w tę historię bardzo głęboko. To książka, przy której można: 💔 poczuć ból straty, 🌱 zobaczyć, jak rodzi się nadzieja, ✨ i przypomnieć sobie, że każdy zasługuje na drugą szansę. Nie jest to szybka lektura na jeden wieczór. To raczej historia, którą chce się zatrzymać na chwilę dłużej, zaznaczać cytaty i wracać do nich po czasie. „Mapa pragnień” to nie tylko romans, to opowieść o dorastaniu, żałobie, poszukiwaniu sensu i odwadze, by w końcu zacząć żyć dla siebie. To książka, która łamie serce, ale robi to po to, żeby później delikatnie je poskładać. I właśnie dlatego zostaje z czytelnikiem na długo. ❤️
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Najlepsze w tej książce jest to, że nie kończy się ona na samych ciekawostkach. Autorzy bawią się wyobraźnią i co chwilę zadają czytelnikowi pytanie: a co by było, gdyby to ludzie mieli takie zdolności?Wyobraźcie sobie, że możecie zmieniać kolor skóry jak mątwa. W chowanego bylibyście absolutnymi mistrzami. Albo że słyszycie najcichsze dźwięki, nawet nocne tupotanie pająkówno, to akurat brzmi trochę mniej zachęcająco, bo nie znam małych fanów pająków, ale jednak możliwe. A może wolelibyście superwęch, dzięki któremu zawsze bezbłędnie znajdujecie ukryte w domu słodycze?Takie porównania sprawiają, że książka pokazuje świat zwierząt w zupełnie inny sposób, nie jak szkolną lekcję biologii, ale jak fascynującą opowieść o niezwykłych "superbohaterach natury". Dzięki temu dzieci nie tylko poznają niesamowite zdolności różnych gatunków, ale też łatwiej rozumieją, do czego te umiejętności są potrzebne.
Książka jest bogato ilustrowana, pełna humoru i podana w lekkiej, momentami komiksowej stylistyce. Tekstu nie jest przytłaczająco dużo, za to ciekawostki są tak podane, że aż chce się czytać dalej. To idealna propozycja zarówno do wspólnego czytania z młodszymi dziećmi, jak i dla tych, które zaczynają już czytać samodzielnie. Jedno jest na pewno pewne, przy "Zwierzakach cwaniakach” trudno się nudzić. To książka, która bawi, zaskakuje i co chwilę wywołuje okrzyk w stylu: "Serio? Takie zwierzę naprawdę istnieje?". A przy okazji przypomina nam coś bardzo ważnego, że natura jest genialnym wynalazcą i potrafi stworzyć rozwiązania, o jakich ludziom nawet się nie śniło. Jeśli więc macie w domu małych odkrywców, którzy lubią się śmiać i jednocześnie poznawać świat, ta książka będzie strzałem w dziesiątkę. Bo kiedy poznacie te wszystkie zwierzęce supermoce, zaczniecie się zastanawiać czy przypadkiem to nie one są prawdziwymi superbohaterami naszej planety. 🐾📚✨
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
