Akcja toczy się równolegle do wydarzeń z poprzedniego tomu, ale zamiast poczucia powtórki dostajemy zupełnie nową perspektywę. Śledzimy losy bohaterów rozsianych po całym świecie, od skutej lodem Północy, przez polityczne napięcia Westeros, aż po gorące i niepewne ziemie za Wąskim Morzem. Każdy wątek ma własny rytm i klimat, a zmiany punktu widzenia sprawiają, że ani przez moment nie czułam znużenia. Martin potrafi jednym rozdziałem wzbudzić napięcie, a kolejnym kompletnie zmienić nastrój, nie tracąc przy tym spójności opowieści.
Szczególnie mocno wybrzmiewają tu wewnętrzne zmagania postaci. To nie jest tylko historia o wojnie i smokach, to opowieść o odpowiedzialności, władzy, winie, nadziei i samotności. Bohaterowie dojrzewają, popełniają błędy, podejmują trudne decyzje i płacą za nie wysoką cenę. Nikt nie jest tu jednoznacznie dobry ani zły, a moralna szarość świata sprawia, że wszystko wydaje się bardziej prawdziwe i bolesne. Ogromnym atutem pozostaje styl autora. Opisy są plastyczne, ale nieprzesadzone, dialogi naturalne i celne, a świat przedstawiony dopracowany w najmniejszym szczególe. Czuć, że to uniwersum żyje własnym życiem, ma historię, politykę, religie i konflikty, które nie istnieją tylko na potrzeby fabuły. Właśnie dlatego saga "Pieśni Lodu i Ognia" wciąga tak bez reszty.
Choć to raczej tom budujący napięcie niż je rozładowujący, absolutnie nie odebrałam go jako "przejściowego". Wręcz przeciwnie, czułam, że wszystko zmierza ku czemuś wielkiemu i nieuniknionemu. A zakończenie… cóż, pozostawia czytelnika z głodem dalszego ciągu i mnóstwem emocji. Jeśli ktoś kocha epicką fantastykę, wielowątkowe historie i bohaterów, którzy zostają w głowie na długo, ta książka jest obowiązkowa. Ja zamknęłam ją z uśmiechem, poczuciem świetnie spędzonego czasu i ogromną ochotą na więcej. Martin po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem swojego gatunku, a ja po raz kolejny dałam się porwać bez reszty.