Największą zaletą tej gry jest to, że bawi absolutnie wszystkich. Nasza córka tak ją polubiła, że chętnie zabierała ją nawet na nocowanki u dziadków, a nawet i babcia dopytywała czy na pewno wzięliśmy ze sobą grę. Jak opowiadały, wspólnie zgadywali i śmiali się do późnych godzin. To najlepszy dowód na to, że „Kim jestem?” potrafi połączyć pokolenia i stworzyć świetną atmosferę.
W pudełku znajdziemy: 110 kart, 4 opaski, klepsydrę, instrukcję. Duża liczba kart sprawia, że rozgrywki długo się nie nudzą. Hasła są różnorodne, dzięki czemu każda partia wygląda inaczej. Raz zgadujemy zwierzęta, innym razem przedmioty, zawody czy jedzenie. Dzięki temu dzieci rozwijają słownictwo, uczą się kojarzenia faktów i ćwiczą koncentrację.
Bardzo podoba mi się, że zasady można delikatnie modyfikować i dopasować do wieku graczy. Z młodszymi dziećmi zamiast krótkich odpowiedzi można podpowiadać opisami, gestami czy dźwiękami, co daje jeszcze więcej śmiechu i kreatywnej zabawy. Jeśli miałabym natomiast wskazać drobny minus, to opaski mogłyby być wykonane z trwalszego materiału. Przy częstym użytkowaniu warto obchodzić się z nimi ostrożnie. Na szczęście sama rozgrywka wynagradza ten szczegół.
„Kim jestem?” to świetna propozycja dla rodzin szukających prostej gry, która odciągnie dzieci od ekranów i zachęci wszystkich do wspólnego spędzania czasu. U nas stała się hitem i regularnie wraca na stół. Jeśli szukacie gry pełnej śmiechu, zgadywania i rodzinnej atmosfery, to zdecydowanie warto po nią sięgnąć.
Bardzo podobał mi się też motyw bogów, nie są oni jedynie odległymi symbolami wiary, ale realną siłą wpływającą na losy bohaterów. Wampiry wierzą w Nyaxiie, niosący światło ścierają się z ciemnością i pokładają wiarę w Atroxusa, a całość buduje mocny kontrast między dobrem a złem, choć autorka sprytnie pokazuje, że granica między nimi bywa wyjątkowo cienka.
Relacje między bohaterami rozwijają się powoli i właśnie dzięki temu są wiarygodne. Tu nie ma uczucia znikąd ani natychmiastowych deklaracji. Jest napięcie, nieufność, wzajemne obserwowanie się i stopniowe oswajanie drugiej osoby. Ten slow burn działa świetnie, bo daje czas, by naprawdę poczuć emocje tej dwójki. W tym wszystkim Mische to bohaterka rozdarta między wiarą, winą i pragnieniem odkupienia, a Asar wnosi do historii spokój, mrok i tajemnicę, od której trudno oderwać wzrok. Razem tworzą duet, któremu chce się kibicować, nawet gdy wiadomo, że droga do szczęścia będzie prowadzić przez ciernie, popiół i kilka złamanych serc.
To książka bardziej nastrojowa niż pędząca na złamanie karku. Są momenty spokojniejsze, bardziej refleksyjne, ale dzięki nim historia nabiera głębi. A kiedy akcja przyspiesza, robi to z rozmachem. Oczywiście momentami odnosiłam wrażenie, że się dłuży i musiałam sobie dawkować lekturę, ale jednak ma w sobie coś, co do niej przyciąga, a ten zbudowany świat, to coś wspaniałego. „Słowik i serce z kamienia” to romantasy dla tych, którzy chcą dostać coś więcej niż tylko romans i walkę. To opowieść o wierze, zdradzie, stracie, przeznaczeniu i wyborach, które kosztują więcej, niż bohaterowie są gotowi zapłacić. Mroczna, piękna i zostawiająca po sobie bardzo przyjemny książkowy kac.
Największą siłą tej książki niezmiennie są bohaterowie. Kel to człowiek żyjący cudzym życiem, balansuje między obowiązkiem a własnym sercem. Sobowtór księcia brzmi jak ciekawy pomysł fabularny, ale tutaj to coś więcej, jest to historia o człowieku, który nie wie, czy jest pionkiem, strażnikiem czy kimś, kto wreszcie powinien zawalczyć o siebie. Z kolei Lin to bohaterka z gatunku tych, które potrafią jednocześnie irytować, imponować i wzbudzać współczucie. Kłamie, ryzykuje, improwizuje, ale robi to tak dobrze, że trudno od niej oderwać wzrok.
Klimat powieści jest gęsty jak mgła nad brukowanymi ulicami miasta pełnego sekretów. Intrygi polityczne mieszają się tu z magią, półświatkiem i rodzinnymi dramatami, a wszystko podszyte jest napięciem, które nie odpuszcza niemal do końca. To nie jest fantasy o beztroskiej przygodzie. To fantasy, w którym każdy wybór ma cenę, a rachunek przychodzi szybciej, niż bohaterowie by chcieli. Ogromny plus dla autorki za świat przedstawiony. Castellane żyje pełną piersią, skrzypi, knuje, pachnie dymem, złotem i zdradą. Czuć, że to miejsce ma własny puls. Autorka nie wrzuca czytelnika do pustej dekoracji, tylko do miasta, które mogłoby istnieć naprawdę, gdyby oczywiście naprawdę istnieli szemrani królowie podziemia i starożytna magia.
Czy książka ma wady? Jasne. Momentami wątków jest tyle, że człowiek czuje się jak na rodzinnym obiedzie, gdzie wszyscy mówią jednocześnie. Ciężko to wszystko pochłonąć i spamiętać. Jeśli ktoś nie pamięta pierwszego tomu, może przez chwilę dryfować w lekkim zagubieniu. Ale kiedy historia złapie rytm, to już po wszystkim. Jednak w tym wszystkim wspaniałe jest to, że mimo rozmachu nie gubi emocji. Za całym tym politycznym chaosem stoją ludzie, którzy próbują przetrwać, kochać, udawać i nie zwariować. Czasem z marnym skutkiem.
Zdecydowanie jest to bardzo udana kontynuacja, jednocześnie mroczniejsza, dojrzalsza i bardziej bezwzględna. Jeśli lubisz fantasy z charakterem, gdzie nikt nie jest do końca bezpieczny, świat jest mocno rozbudowany, a serce bije szybciej nie tylko od romansów, ale też od spisków, to wchodź śmiało. Tylko ostrzegam, po ostatnich stronach możesz natychmiast chcieć kolejny tom, tak jak ja. I trochę można się obrazić, że jeszcze go nie ma 😄
Na szczęście nasi bohaterowie Bubuś i Bubel nie są z tych, co składają skrzydła przy pierwszym problemie. Ich wędrówka w poszukiwaniu własnego miejsca w lesie to nie tylko seria przygód, ale też całkiem trafna metafora dorastania. Bo tu nic nie przychodzi łatwo, czasem trzeba zmoknąć, czasem się zgubić, a czasem przyjąć pomoc od zupełnie obcych. I właśnie w tym tkwi siła tej historii. Spotkania z innymi zwierzętami: borsukiem, lisem i całą leśną ekipą, nie są tylko przerywnikiem fabuły. Każde z nich coś wnosi, trochę humoru, trochę napięcia, a przede wszystkim lekcję współpracy. Szczególnie ciekawie wypada motyw wspólnego sprzątania lasu, który zamiast moralizowania serwuje dzieciom konkretną historię, pokazuje że ktoś śmieci, ktoś cierpi i ktoś musi zareagować. Proste, ale działa.
Co ważne, książka nie zamienia się przy tym w ekologiczny manifest. Tematy takie jak segregacja śmieci, dbanie o środowisko czy odpowiedzialność za wspólną przestrzeń są tu wplecione naturalnie, jakby między jednym machnięciem skrzydeł a drugim. Dziecko nie ma wrażenia, że „ktoś je uczy”. Ono po prostu chłonie tę wiedzę przy okazji. A skoro już o chłonięciu mowa, to sporo tu też ciekawostek o samej przyrodzie i zjawiskach pogodowych. Wiosna staje się pretekstem, żeby opowiedzieć o roztopach, tęczy, gwiazdach czy nawet działaniu kompasu. Brzmi ambitnie? Trochę tak, ale podane jest w bardzo lekkiej formie. Momentami można odnieść wrażenie, że ktoś opowiada to wszystko przy ognisku, a nie w książce.
Dużym plusem jest też tempo. Rozdziały są krótkie, historia płynie (czasem szybciej niż ten nieszczęsny strumień), a ilustracje dodają całości lekkości. To książka, którą spokojnie można czytać na głos przed snem i nie zasnąć w połowie. Najbardziej jednak zostaje w głowie coś innego, wiedza, że to opowieść o tym, że znalezienie swojego miejsca to proces. Nie zawsze wygodny, nie zawsze prosty, ale pełen spotkań, które coś zmieniają. I że kiedy już to miejsce się znajdzie, warto o nie dbać. Nie tylko dla siebie.
„Pogoda dla puchaczy. Wiosna” to trochę przygoda, trochę przewodnik po świecie i trochę cicha rozmowa o dorastaniu. A wszystko to bez zadęcia i z dużą dawką uroku. Idealna książka na moment, kiedy za oknem robi się cieplej, a w głowie pojawia się ochota, żeby ruszyć gdzieś dalej niż do najbliższego drzewa 🌿
Cassandra Clare zabiera nas do Castellane, miasta pełnego kontrastów. Z jednej strony są błyszczące pałace, bale i bogactwo elit, z drugiej bieda, przestępczy półświatek i ludzie, którzy muszą walczyć o przetrwanie. W sam środek tego chaosu wrzuca Kela, chłopaka wychowanego na sobowtóra księcia. Jego rola jest brutalnie prosta, musi żyć jako cień następcy tronu i umrzeć za niego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Już sam ten motyw jest kapitalny i naprawdę działa. Najmocniejszym punktem książki są właśnie bohaterowie i ich relacja. Kel wypada świetnie, bo jest rozdarty między lojalnością wobec przyjaciela i obowiązku, a własnym "ja", którego właściwie nigdy nie miał szansy zbudować. Książę Conor to lekkoduch, który nadaje ciężkości wydarzeń wytchnienia. Lin z kolei wnosi do historii magię, ambicję i spojrzenie kogoś stojącego poza systemem. Ich losy przecinają się naturalnie, bez sztucznego popychania fabuły na siłę.
Jeśli natomiast mowa o fabule, to tutaj już bywa różnie. To nie jest książka, którą pochłania się w weekend. Początek jest gęsty od nazwisk, rodów, polityki, zwyczajów i opisów, aż zaczęłam w pewnym momencie wątpić czy ta historia się rozkręci i mam siłę dalej przez nią brnąć. Clare buduje świat bardzo dokładnie, momentami aż za dokładnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, lubi szybkie tempo i akcję od pierwszego rozdziału, może się odbić. Tutaj wszystko rozkręca się powoli, ale kiedy w końcu zaczyna zazębiać się intryga, robi się naprawdę ciekawie i nim człowiek się obejrzy, jest już na finiszu. Pojawia się także magia, która nie zalewa tej historii z każdej strony. Jest obecna, ważna, ale nie przykrywa polityki, konfliktów społecznych i walki o wpływy, które są fundamentem historii. Dzięki temu świat wydaje się bardziej wiarygodny, a stawka większa niż tylko kolejny pojedynek dobra ze złem.
Czy książka jest za długa? Trochę tak ze względu na mnogość opisów. Dałoby się ją skrócić bez straty dla historii, bowiem autorka za bardzo skupia się na drobiazgach. Są fragmenty, które spokojnie można było przyciąć, bo zamiast budować napięcie, tylko opóźniają to, na co czytelnik czeka. Ale jednocześnie finał wynagradza cierpliwość. To jedno z tych zakończeń, po których człowiek od razu chce drugi tom. Finalnie więc śmiało mogę stwierdzić, że "Strażnik miecza" to fantasy dla tych, którzy lubią rozbudowane światy, dworskie intrygi, bohaterów z problemami i historie, które dojrzewają powoli. Nie jest to lektura lekka ani błyskawiczna, ale ma klimat i potencjał. Trochę za bardzo się rozwleka, trochę za długo ustawia pionki na planszy, ale gdy już zaczyna grać, to gra dobrze.
Styl autorki jest bardzo przystępny, lekki, ale nie banalny. Opisy świata pojawiają się tam, gdzie trzeba, budując klimat inspirowany dziką, surową Szkocją. Czuć wiatr, wilgoć, kamień starych murów. Chociaż przyznam, że momentami chciałam jeszcze więcej. Więcej przestrzeni, więcej detali, więcej tej dzikości, która aż prosi się, by ją pogłębić. Narracja pierwszoosobowa sprawia, że jesteśmy bardzo blisko Aurory i to bywa zarówno zaletą, jak i wyzwaniem. Bo Aurora nie jest typową "silną od pierwszej strony" bohaterką. Wręcz przeciwnie, zaczyna jako ktoś delikatny, wycofany, trochę zagubiony w świecie, który ją ograniczał. I tak, na początku potrafiła mnie irytować tym swoim stawianiem się ciągłym i zmiennością. Ale im dalej w historię, tym bardziej zaczynałam rozumieć, że jej siła dopiero się rodzi. I właśnie to było w niej najciekawsze, obserwowanie, jak ta iskra powoli się rozpala.
No i wilczy świat, z którego absolutnie kupuję wszystko. Tradycje, hierarchia, instynkty, to wszystko ma w sobie coś surowego, pierwotnego, nieokiełznanego. Czuć, że to nie są "ugładzone" fantastyczne istoty, tylko coś znacznie bardziej dzikiego i nieprzewidywalnego. Ale w tym wszystkim są jednak najważniejsi ONI. Callum to bezpieczeństwo, ciepło, siła, która nie musi krzyczeć, żeby była odczuwalna. Jest w nim coś magnetycznego, coś, co sprawia, że chcesz mu ufać, nawet jeśli rozsądek podpowiada ostrożność. Natomiast Blake to zupełnie inna historia. Jest w nim mrok, który przyciąga i niepokój, który intryguje. To ten typ bohatera, przy którym wiesz, że to może skończyć się źle, ale i tak robisz krok bliżej. I może właśnie dlatego tak trudno wybrać. Są tak różni, ale jednocześnie tak wspaniali 🫣🤭
Fabuła nie opiera się na ciągłych zwrotach akcji, ale kiedy już się pojawiają, to robią robotę. Autorka skupia się na rozwoju wątku romantycznego, przeplatając go co jakiś czas z wybuchem emocji i akcji. To historia, która wciąga atmosferą, emocjami i relacjami. I robi to skutecznie, bo naprawdę trudno się od niej oderwać. Dla mnie jest to książka, która nie tylko wciąga, ale też zostawia po sobie ten specyficzny niedosyt. Taki, który sprawia, że chcesz więcej. Natychmiast. Magia, napięcie, rozwój bohaterki i dzikie, zaborcze wilkołaki. Czego chcieć więcej?
