Jeśli chodzi o brutalność, to mam wrażenie, że jest jej trochę mniej niż wcześniej. Nadal to nie jest "lekka" książka, ale makabry zeszły trochę na dalszy plan. I po części to dobrze, bo dzięki temu historia bardziej skupia się na śledztwie i relacjach między bohaterami, a nie tylko na szokowaniu czytelnika. Niestety jednak gdzieś w połowie fabuła robi się coraz bardziej naciągana, decyzje bohaterów przestają mieć sens, a Paderborn i Siarka momentami zachowują się totalnie nie jak oni. Irracjonalni, chwilami wręcz infantylni i co najgorsze irytujący. Podejmują tak głupie decyzje, że aż kłuje to w oczy. A to już spory problem, kiedy mówimy o głównych postaciach.
Jednak na całe szczęście w tym wszystkim nie brakuje tego, co jest najważniejsze dla fanów serii, a mianowicie samego Langera. Chociaż jest go mniej niż wcześniej, to jego czarny humor naprawdę ratuje niektóre fragmenty. Niemniej jednak jeśli ktoś liczył na powtórkę z pierwszego tomu, to tutaj się trochę rozczaruje, bo słynnego psychola jest zdecydowanie mniej, a jego psychoza nie dominuje już całej opowieści. Ale paradoksalnie to daje chwilę oddechu. Po intensywności "Langera" taka zmiana tempa wcale nie jest zła.
"Paderborn” to dla mnie taka książka na wieczór, wciągająca, momentami bardzo dobra, choć niepozbawiona dłużyzn (zwłaszcza astrologicznych). Trochę inna niż pierwsza część, trochę spokojniejsza psychicznie. Mam jednak też wrażenie, że autor sam trochę nie był przekonany do tej historii. W posłowiu Remigiusz Mróz wspomina, że nie planował kontynuacji, ale "musiał" ją napisać, aby zło nie wygrało i niestety, moim zdaniem momentami to czuć. Ta książka nie ma tej samej energii co pierwsza część. Pojawiają się też fabularne zgrzyty, które wcześniej u niego raczej się nie zdarzały. Jeśli jednak lubicie te uniwersum i thrillery z nutą czegoś "innego", to zdecydowanie warto sprawdzić kontynuację. Mimo wszystko trzecia część już na mnie czeka i mam nadzieję, że seria jeszcze odbije, bo potencjał zdecydowanie tam jest.