Dlatego byłam ciekawa, czy historia Stefci coś u nas zmieni. No i zmieniła. Tylko niekoniecznie tak, jak zakładałam. 😂 Po przeczytaniu książki córka zaczęła robić dokładnie to, co Stefcia. Układać buty w pociąg. Przy śniadaniu pytać, czy banana można pokroić w plasterki. Czyli zamiast: „może poranki będą teraz sprawniejsze”, dostałam trochę więcej Stefci w naszym domu. I wiecie co? Wcale mnie to nie dziwi. Dzieci przecież nie zawsze wyciągają z książek ten morał, który my, dorośli, widzimy między wierszami. Czasami zapamiętają jedną scenę, konkretny pomysł albo zachowanie bohatera i właśnie to im się spodoba. Dlatego mam wrażenie, że przy tej książce bardzo dużo zależy od dziecka.
Sama historia jest prosta i łatwa do zrozumienia. Stefcia się nie spieszy, tata zerka na zegarek, bo wie, że zaraz trzeba wyjść, a napięcie rośnie. I tutaj akurat bardzo dobrze znamy tę sytuację. 😅 Podoba mi się, że tata nie jest przedstawiony jako jakiś „zły rodzic”, który tylko pogania dziecko. Jest po prostu zmęczonym rodzicem, któremu naprawdę zależy na tym, żeby zdążyć. I właśnie tego elementu chyba najbardziej mi zabrakło. Chciałabym, żeby z książki wybrzmiało też: hej, rodzicom naprawdę czasami się spieszy. Nie dlatego, że nie mają cierpliwości. Nie dlatego, że nie chcą się bawić. Nie dlatego, że wszystko musi być zrobione natychmiast. Po prostu tata musi zdążyć do pracy, Stefcia do przedszkola i nie zawsze da się zatrzymać zegar tylko dlatego, że akurat mamy ochotę pobawić się butami w pociąg. Zabrakło mi tego prostego wyjaśnienia dla dziecka, które by mówiło, że muszą trochę pomagać rodzicom w porankach, takiego dziecięcego „aha, rozumiem, dlaczego tata się denerwuje”. Bo mamy perspektywę Stefci, mamy jej tempo i jej zabawy, poirytowanego tatę, ale chciałabym dostać jeszcze trochę więcej wyjaśnienia, dlaczego współpraca z rodzicem jest ważna. Zwłaszcza że u nas książka zrobiła dokładnie odwrotną rzecz. 😅 Zamiast zachęcić córkę do szybszego ogarniania się, podsunęła jej nowe pomysły na to, jak można się nie spieszyć.
Ale nie uważam przez to, że książka jest zła. Po prostu trzeba ją czytać razem z dzieckiem i później trochę „dopowiedzieć” po swojemu. Chociaż ja to zrobiłam z marnym efektem i żadne pytania takie jak: „A co czuł tata?”, „Dlaczego tak często patrzył na zegarek?”, „Co by było, gdyby przez nas tata spóźnił się do pracy?”, „Czy czasem możemy zrobić coś szybciej, żeby potem mieć czas na zabawę?” nie przyniosły spodziewnego skutku.
Czy „Stefcia się nie spieszy” rozwiązała nasz problem z porankami? Nie. Czy sprawiła, że córka zaczęła szybciej się ubierać? Też nie. Czy dzięki niej mamy teraz w domu pociąg z butów i banana w plasterkach? Jak najbardziej. 😂 I chyba właśnie dlatego nie chcę tej książki oceniać przez pryzmat tego, czy „zadziałała” u nas. Bo książki dla dzieci działają różnie. Jedno dziecko coś z nich przejmie, drugie zacznie zadawać pytania, trzecie po prostu pośmieje się z bohaterem. U nas na razie Stefcia wygrała. Zobaczymy tylko, czy kiedyś pomoże nam jeszcze zdążyć do przedszkola. 😅
Egzemplarz bezpłatny otrzymany od wydawnictwa