Zacznijmy od tego, co zdecydowanie skradło moje serce, czyli świata przedstawionego. Rebecca Yarros stworzyła naprawdę świetne uniwersum! Wojskowa uczelnia, podział na kwadranty, hierarchia, zasady, rywalizacja, smoki, tajemnice i wojna czająca się gdzieś poza murami Basgiath, tutaj naprawdę jest się w czym zanurzyć. Co ważne, nie mamy do czynienia z bezpieczną akademią, w której najgorszym problemem jest niezdany egzamin. Tutaj wystarczy chwila nieuwagi, jeden błędny ruch albo spotkanie z niewłaściwym przeciwnikiem, żeby pożegnać się z życiem. Śmierć kadetów jest na porządku dziennym i autorka nie oszczędza czytelnika. Momentami trudno było mi uwierzyć, jak szybko można stracić kogoś, kogo jeszcze chwilę wcześniej poznawaliśmy. Ta brutalność sprawia, że stawka jest naprawdę wysoka, a o los bohaterów można martwić się niemal na każdej stronie.🐉
No i smoki! Czy można ich nie kochać? Relacje między smokami a ich jeźdźcami zrobiły na mnie ogromne wrażenie. To nie są po prostu potężne stworzenia, które służą ludziom jako środek transportu i broń w walce. Więź między nimi ma charakter znacznie głębszy, jest pełna emocji, wzajemnej troski, charakteru, a czasami również uszczypliwości. Smoki mają własne osobowości, potrafią pokazać pazur i zdecydowanie nie zamierzają być potulnymi zwierzątkami. Ich relacje z jeźdźcami to jeden z tych elementów, dla których naprawdę warto wejść do tego świata. Tairn i Andarna zdecydowanie zapadli mi w pamięć!🐲
Bardzo polubiłam również bohaterów. Są różnorodni, mają swoje charaktery, temperamenty, przekonania i historie, dzięki czemu łatwo znaleźć postacie, którym chce się kibicować. Szczególnie doceniam, że Violet nie została przedstawiona jako kolejna niezniszczalna bohaterka, która od pierwszego rozdziału potrafi wszystko. Wręcz przeciwnie! Jej ciało jest kruche, podatne na urazy, a walka o przetrwanie wymaga od niej znacznie więcej wysiłku niż od pozostałych kadetów. Nie wygrywa siłą mięśni, tylko sprytem, wiedzą i inteligencją. I bardzo mi się podobało, że mogłam obserwować jej drogę, zamiast dostać gotową wojowniczkę, która nagle okazuje się najlepsza we wszystkim.⚔️
Chciałabym jednak zobaczyć tej przemiany nieco więcej na własne oczy. Brakowało mi dodatkowych treningów Violet, jej zmagań z ograniczeniami i konkretnych scen pokazujących, jak z każdym dniem staje się silniejsza. Zamiast tego często dostawałam informację, że coś już robi lepiej, bo więcej lata albo radzi sobie sprawniej niż wcześniej dzięki treningom. Tylko że ja chciałam to zobaczyć! Chciałam poczuć, ile wysiłku kosztowało ją osiągnięcie kolejnego poziomu, a nie dowiadywać się o postępach już po fakcie.
Mam też kilka zastrzeżeń do sposobu prowadzenia fabuły. I tutaj momentami naprawdę miałam ochotę zapytać autorkę, czy przypadkiem nie zgubiła kilku stron własnej książki. 😂 Zdarzało się, że rozdział kończył się w momencie, w którym akcja nabierała tempa, a po przewróceniu strony dostawałam zupełnie inną scenę, bez wyjaśnienia, co wydarzyło się pomiędzy. Do tego nagłe przeskoki o tydzień czy miesiąc potrafiły mnie niesamowicie irytować. Rozumiem, że nie trzeba opisywać każdej godziny z życia bohaterów, ale czasami brakowało mi zwyczajnego domknięcia sytuacji.😐
Niektóre wątki również pozostawiły mnie z wielkimi znakami zapytania. Co z ukradzioną mapą i konsekwencjami, które miały z tego wyniknąć? Dlaczego temat został potraktowany tak, jakby nagle przestał istnieć? Co z sytuacją, w której Xaden pojawił się niespodziewanie w pewnym miejscu obok Violet? Ten fragment pozostawił mnie z poczuciem, że coś ważnego zostało urwane. Takich drobnych niedopowiedzeń było dla mnie trochę za dużo, szczególnie że świat i zasady w nim panujące mają tak duży potencjał, że aż chciałoby się, aby każdy istotny element został odpowiednio wykorzystany.👀
Przejdźmy do Violet i Xadena, czyli relacji, która wzbudzała we mnie chyba najbardziej skrajne emocje. Z jednej strony rozumiem, dlaczego można się nimi zachwycać, z drugiej nie wszystko tutaj zagrało tak, jak powinno. Przez sporą część historii miałam wrażenie, że to Violet wykonuje całą pracę emocjonalną za tę dwójkę. Jej zachwyt nad Xadenem pojawia się regularnie, natomiast jego zmiana nastawienia wydaje się dość nagła. Nie poczułam tego momentu, w którym coś między nimi naprawdę przeskoczyło. Bardziej miałam wrażenie, że autorka po prostu poinformowała mnie, że od teraz mamy do czynienia z wzajemnym uczuciem. A ja chciałam to poczuć, a nie tylko przyjąć do wiadomości.🖤
Dopiero późniejsze zachowania Xadena, jego historia i sposób, w jaki traktuje Violet, pozwoliły mi lepiej zrozumieć tę postać. Pewne rzeczy zaczęły nabierać sensu, a ja spojrzałam na niego nieco inaczej. Nadal jednak irytowało mnie podejście Violet do kwestii zaufania. Oczekiwała od niego szczerości i wszystkich odpowiedzi, jednocześnie trochę zapominając, że Xaden od początku dawał jej do zrozumienia, żeby się w nim nie zakochiwała. Nie twierdzę, że jego tajemnice nie miały znaczenia, ale trudno oczekiwać pełnego otwarcia od kogoś, kto wyraźnie stawia granice i ma swoje powody, by milczeć.😏 Jednocześnie jest coś, za co Violet bardzo lubię, chociaż czasami zachowywała się, jakby jej peron odjechał 🫣 Ona nie zamierza udawać niewinnej, zawstydzonej dziewczynki! Jeśli ma ochotę na Xadena, to nie będzie przez pięć rozdziałów zastanawiać się, czy wypada. Ma ciśnienie na łóżko? To bierze chłopa. 😂 I szczerze? Ten brak udawanej skromności momentami naprawdę mnie bawił.
Nie mogę powiedzieć, że ta historia nie dostarczyła mi emocji. Wręcz przeciwnie. Polubiłam bohaterów na tyle, że niektóre wydarzenia naprawdę mnie zabolały. W pewnym momencie moje serce zwyczajnie pękło i choć wiedziałam, że w tak brutalnym świecie nie wszyscy mogą mieć szczęśliwe zakończenie, to wcale nie byłam na to przygotowana. Są postacie, do których człowiek przywiązuje się szybciej, niż zdąży się zorientować, a później autorka bez mrugnięcia okiem przypomina, że w Basgiath nikt nie ma gwarancji jutra.
I na koniec zakończenie. O MATKO! To jest ten moment, w którym wszystkie wcześniejsze zastrzeżenia na chwilę schodzą na dalszy plan, a człowiek siedzi z książką i próbuje przetworzyć to, co właśnie przeczytał. Uwielbiam, kiedy finał potrafi wywrócić moje wyobrażenia do góry nogami, zostawić mnie w szoku i sprawić, że natychmiast chcę sięgnąć po kolejną część. Tutaj zdecydowanie się to udało!
Czy „Fourth Wing” jest książką idealną? Absolutnie nie. Widzę w niej niedociągnięcia, urwane wątki, przeskoki czasowe, które nie zawsze mi odpowiadały i romans, którego rozwój nie do końca mnie przekonał. Momentami chciałabym, żeby autorka poświęciła więcej miejsca temu, co dzieje się poza relacją głównej pary, bo materiału na naprawdę rozbudowaną historię ma pod dostatkiem. Ale mimo tych wszystkich „ale” bawiłam się świetnie. Świat smoków, niebezpieczna akademia, więzi, które potrafią wzruszyć, bohaterowie, którym zaczyna się kibicować i zakończenie, po którym trudno spokojnie odłożyć książkę, to wszystko sprawiło, że z przyjemnością spędziłam czas w tym uniwersum. Mam ochotę wrócić do Basgiath, ponownie spotkać smoki i dowiedzieć się, co będzie dalej. Oczywiście z nadzieją, że w kolejnych częściach autorka nieco bardziej dopilnuje wszystkich rozpoczętych wątków i pozwoli mi zobaczyć więcej faktycznego rozwoju bohaterów. Basgiath, jeszcze się zobaczymy! 🐉❤️
