W „Pucking Wild” najbardziej spodobało mi się odwrócenie klasycznego motywu age gap. Zazwyczaj to starszy mężczyzna spotyka się z młodszą kobietą, a tutaj role zostały odwrócone. Tess jest starsza, bardziej doświadczona życiowo i pewniejsza siebie, natomiast Ryan, mimo że na lodzie jest gwiazdą, w relacji okazuje się dużo bardziej zagubiony i niepewny. To właśnie ona prowadzi go przez wiele nowych doświadczeń i muszę przyznać, że taki układ był naprawdę ciekawą odmianą.
Nie da się jednak ukryć, że ta książka jest bardzo spicy. I kiedy mówię "bardzo", to naprawdę bardzo. Scen zbliżeń jest tutaj mnóstwo. Na początku nie przeszkadzały mi aż tak bardzo, ale z czasem zaczęłam mieć wrażenie, że jest ich zwyczajnie za dużo. W pewnym momencie bardziej czekałam na rozwój fabuły niż na kolejną gorącą scenę. Odniosłam wrażenie, że historia mogłaby sporo zyskać, gdyby część tych momentów zastąpić większym rozwinięciem bohaterów czy ich emocji.
Autorka nie boi się poruszać tematów, które w romansach nadal nie pojawiają się zbyt często. Znajdziemy tutaj wątki homoseksualne, a także relację kobiety z trzema mężczyznami, przy czym dwóch z nich dodatkowo pozostaje ze sobą w związku. Przyznam, że na początku pomyślałam: okej, dokąd to zmierza? Jednak ku mojemu zaskoczeniu nie są to wątki nachalne ani wrzucone na siłę tylko po to, żeby szokować. Stanowią po prostu element świata przedstawionego i dość szybko przestają wydawać się czymś dziwnym. Szkoda natomiast, że mimo hokejowego tła, samego sportu jest tu naprawdę niewiele. Gdyby Ryan zamiast hokeistą był zawodnikiem innej dyscypliny, historia praktycznie niewiele by na tym straciła. Liczyłam na więcej atmosfery szatni, treningów czy meczów.
Ostatecznie „Pucking Wild” to lekka, niewymagająca lektura, idealna dla osób, które przede wszystkim szukają gorącego romansu. Ja bawiłam się całkiem dobrze, doceniłam nietypową dynamikę głównych bohaterów i kilka odważniejszych motywów, ale jednocześnie zabrakło mi większego skupienia na fabule. Gdyby było mniej scen łóżkowych, a więcej emocji i rozwoju relacji, ta historia zdecydowanie zrobiłaby na mnie większe wrażenie.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Po lekturze poprzednich tomów miałam naprawdę wysokie oczekiwania wobec „Zimogrodu”. Niestety czasem przychodzi ten moment, kiedy trafia się tom, który po prostu nie dorównuje swoim poprzednikom. I muszę z żalem stwierdzić, że czuję rozczarowanie i wielka szkoda, że tym razem nie udało mi się poczuć tych samych emocji, które towarzyszyły mi przy wcześniejszych częściach serii. To zdecydowanie nie jest zła książka, ale dla mnie okazała się najsłabszym tomem cyklu.
Sam pomysł na historię jest świetny. Nowo odkryta kraina, która wydaje się niemal idealnym miejscem do życia, od razu wzbudza ciekawość. Zimogród zachwyca swoją odmiennością, mamy tutaj sterowce, telepatyczne błękitne lisy, rozmowy z morskimi stworzeniami i społeczeństwo oparte na demokracji. Całość tworzy naprawdę niezwykle klimatyczne tło dla całej opowieści i Kristin Cashore po raz kolejny pokazała, jak bogatą wyobraźnię posiada i jak dobrze potrafi kreować fantastyczne światy. Nie zabrakło również politycznych intryg i stopniowego odkrywania, że za pozornie idealnym państwem kryje się znacznie więcej sekretów, niż można przypuszczać. Autorka nie zapomniała także o moralnych dylematach swoich bohaterów, dzięki czemu historia ma nieco głębszy wydźwięk i charakteryzuje całą serię.
Niestety sama fabuła rozwija się dość powoli. Choć nie brakuje ciekawych wydarzeń i momentów pełnych napięcia, przez sporą część książki miałam wrażenie, że akcja stoi w miejscu. Najbardziej wciągnęły mnie rozdziały z Lovisą, która zdecydowanie skradła moje zainteresowanie. Jej historia i rodzinne tajemnice były znacznie ciekawsze niż część wydarzeń związanych z Bitterblue. Największym rozczarowaniem okazał się dla mnie jednak wątek romantyczny. Relacja Giddona i Bitterblue kompletnie do mnie nie przemówiła, nie umiałam się w nią wciągnąć. Zamiast wywoływać emocje, ich rozmowy i wyznania wydawały mi się momentami zbyt naiwne i po prostu mało przekonujące.
Mimo wszystko nie żałuję tej lektury. Nadal uwielbiam świat wykreowany przez Kristin Cashore, a Zimogród jako miejsce zrobił na mnie ogromne wrażenie. Po prostu po poprzednich częściach liczyłam na historię, która porwie mnie od pierwszych stron i nie pozwoli się oderwać. Tym razem tego zabrakło. „Zimogród” to dla mnie słabszy moment bardzo dobrej serii. Fani „Siedmiu Królestw” z pewnością i tak będą chcieli poznać dalsze losy bohaterów, a sam niezwykły świat, polityczne rozgrywki i tajemnice Zimogrodu sprawiają, że warto dać tej książce szansę, nawet jeśli nie dorównuje najlepszym odsłonom cyklu.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
W najnowszej książce Basia wraz z rodziną i przyjaciółmi, przeżywa dziesięć nowych przygód, dzięki którym dzieci poznają tajemnice naszych zmysłów. Bohaterowie przekonują się, dlaczego nie każdy lubi się przytulać, czym jest leniwe oko, jak brzmi stary dom i dlaczego po dniu pełnym bodźców czasami trudno poradzić sobie z emocjami. Nie zabrakło także rozmów o intuicji, która również odgrywa ważną rolę w codziennym życiu.
Sposób przekazywania wiedzy, z którym tutaj mamy styczność jest niezwykle przyjemny. Trudniejsze zagadnienia, takie jak nadwrażliwość sensoryczna czy integracja sensoryczna, zostały przedstawione w prosty i naturalny sposób, bez moralizowania, co uważam za istotne przy historiach skierowanych do dzieci. Wszystko wynika z codziennych doświadczeń bohaterów, dzięki czemu dzieci z łatwością odnajdują w tych historiach własne przeżycia i uczą się lepiej rozumieć swoje reakcje. To lektura, która zachęca do rozmów o emocjach, różnicach między ludźmi oraz uważności na potrzeby innych. Pokazuje, że każdy może inaczej odbierać świat i że nie ma w tym nic dziwnego. Wręcz przeciwnie, właśnie ta różnorodność sprawia, że możemy lepiej się poznawać i okazywać sobie więcej empatii.
„Basia. Wielka księga zmysłów” to ciepła, mądra i pełna humoru książka, która doskonale łączy świetną zabawę z wartościową wiedzą. To kolejna udana odsłona serii, do której chętnie się wraca i którą z przyjemnością czyta się wspólnie z dzieckiem. Po zakończeniu lektury trudno nie spojrzeć na otaczający świat odrobinę uważniej.
Osobiście uważam, że jest to historia, która może podzielić czytelników. Autorka stawia na intensywność i nie oszczędza swoich bohaterów. Jednak jak dla mnie tej intensywności było za dużo. Wydarzenia następują po sobie błyskawicznie, przez co chwilami miałam wrażenie, że ledwo zdążam przetworzyć jedno dramatyczne wydarzenie, a już pojawia się kolejne. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych może okazać się przytłaczające. I mimo tego, że osobiście jestem fanką akcji, to dla mnie tutaj było jej za dużo, a za mało skupienia na problemach.
„Adiccion Perfecta” nie jest książką dla osób szukających lekkiej, romantycznej opowieści. To mroczna, brutalna historia o przetrwaniu, obsesji i próbie odnalezienia siebie w świecie, który nie daje drugich szans. To historia, w której pędzi się jak rollercoaster z akcji do akcji. Momentami miałam ochotę zatrzymać w niej ten pęd, aby lepiej poznać emocje bohaterów. I chociaż książka potrafi wzbudzić ciekawość i sprawia, że finał skutecznie zachęca do sięgnięcia po kolejny tom, to jednak jest to jedna z tych historii, po których trudno powiedzieć, że się je po prostu przeczytało. Raczej przez nie się przebiega, czasem z zaciekawieniem, czasem z niedowierzaniem, ale na pewno nie obojętnie.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
„Srebro i krew” to jedna z tych książek, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak kolejne romantasy z piękną okładką i obowiązkowym tajemniczym mężczyzną w pakiecie. I wiecie co? Trochę tak jest. Ale jednocześnie ta historia ma w sobie coś, co sprawiło, że mimo zgrzytów chciałam poznać jej zakończenie. Już sam początek zapowiadał się naprawdę dobrze. Mroczny las, bestie polujące na ludzi, młoda magini, która bardziej próbuje przetrwać niż ratować świat, to wszystko stworzyło klimat, który od razu mnie kupił. A potem pojawia się Garrick. Wygnany władca, potężny mag i właściciel zamku, który skrywa więcej sekretów niż niejeden bohater fantasy. Brzmi znajomo? Trochę tak, ale nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.
Największą zaletą tej książki jest zdecydowanie klimat. Przeklęty las, magiczny zamek mający własną wolę, tajemnice ukryte za każdymi drzwiami i wszechobecne poczucie, że coś jest nie tak. Szczególnie spodobał mi się sam zamek, momentami miałam wrażenie, że jest ciekawszą postacią niż część bohaterów. Nie będę jednak udawać, że wszystko mi się podobało. Tempo tej historii jest bardzo nierówne. Początek wciąga, końcówka potrafi zaskoczyć, ale środek...no cóż, pozostawia wiele do życzenia. Były momenty, kiedy miałam wrażenie, że razem z Rielą krążę po tych samych korytarzach już setny raz. Fabuła zwalnia, a większość uwagi skupia się na relacji bohaterów. I tutaj dochodzimy do mojego największego problemu, romansu. Nie dlatego, że go nie lubię, ale dlatego, że momentami brakowało mi między nimi czegoś więcej niż zwykłego fizycznego przyciągania. Riela raz nie ufa Garrickowi, chwilę później zachwyca się każdym jego spojrzeniem. Garrick z kolei przez większość czasu pozostaje tajemniczy, choć czasem miałam ochotę potrząsnąć nim i zapytać, czy sam wie, czego chce. Na szczęście druga połowa książki wynagradza wiele wcześniejszych niedociągnięć. Pojawiają się polityczne intrygi, sekrety związane z Etheri, nowe informacje o pochodzeniu Rieli i w końcu miałam poczucie, że historia zmierza w konkretnym kierunku. Im więcej tajemnic wychodziło na jaw, tym trudniej było mi odłożyć książkę.
Czy „Srebro i krew” jest czymś rewolucyjnym? Nie. Czy znajdziemy tutaj motywy, które widzieliśmy już wcześniej? Oczywiście. Piękna i Bestia, magiczny zamek, wybranka losu, mroczny władca i zakazana moc, to wszystko już było. Ale jeśli lubicie romantasy bez większej chemii, z baśniowym klimatem, magią i tajemnicami, to możecie się tutaj całkiem dobrze bawić. Nie wszystko zagrało, romans nie do końca mnie przekonał, a bohaterowie momentami działali mi na nerwy. Mimo to świat przedstawiony, klimat i końcówka sprawiły, że z ciekawością sięgnęłabym po kolejny tom. Bo choć podczas czytania kilka razy przewracałam oczami, to jednak chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Autorka zręcznie łączy świat pełen zagrożeń z emocjonalną opowieścią o samotności, zaufaniu i desperacji. Mafijne tło nie jest jedynie dekoracją, tworzy atmosferę nieustannego napięcia, w której bohaterowie muszą ważyć każde słowo i każdy gest. Najciekawsze okazuje się jednak to, że największe niebezpieczeństwo nie zawsze kryje się w broni czy groźbach, lecz w uczuciach, które pojawiają się tam, gdzie nie powinny. Relacja Ayleen i Collina rozwija się niczym gra w szachy. Ona kieruje się sercem, on przyzwyczaił się polegać wyłącznie na chłodnej kalkulacji. Ich spotkanie wywołuje iskrę, która nie zamienia się od razu w pożar, lecz długo tli się pod powierzchnią, budując ciekawość i emocjonalne napięcie.
Nie jest to książka pozbawiona przerysowań. Momentami dramatyczne wydarzenia nabierają niemal filmowego rozmachu, a niektóre decyzje bohaterów mogą wywołać westchnienie lub przewrócenie oczami. Paradoksalnie właśnie ta mieszanka intensywnych emocji, niebezpieczeństwa i odrobiny lekkości sprawia, że trudno oderwać się od lektury. To jedna z tych historii, które czyta się z myślą: „Jeszcze tylko jeden rozdział”, aż nagle okazuje się, że została ostatnia strona.
„W jego rękach” nie próbuje być brutalnym realizmem. To opowieść oparta na emocjach, tajemnicach i kontrastach. Dla fanów mafijnych romansów, stopniowo budowanego uczucia oraz bohaterów noszących więcej niż jedną maskę może okazać się bardzo wciągającą podróżą. A zakończenie? Zostawia więcej pytań niż odpowiedzi i skutecznie sprawia, że na kontynuację czeka się z niecierpliwością.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem