Motyw chowańców szczególnie skradł moje serce. Nie są oni po prostu magicznymi pomocnikami swoich panów. Są częścią systemu, który odbiera im właściwie wszystko, jednocześnie uzależniając od nich działanie całej magicznej machiny. To, że osoby posiadające największą władzę potrzebują tych, których traktują jak własność, tworzy bardzo ciekawą zależność. I im dłużej o niej myślałam, tym bardziej irytowało mnie, jak normalne stało się to dla mieszkańców tego świata. A później umiera król. I nagle bohaterowie dostają bardzo konkretny termin na znalezienie sposobu, żeby nie skończyć jako uczestnicy Rzezi.
Narrację poznajemy z perspektywy Taro, Nixie, Elliota i Alis. Każde z nich jest zupełnie inne i, co chyba najbardziej mi się tutaj podobało, nie miałam poczucia, że autorka stworzyła grupę bohaterów tylko po to, żeby wszyscy idealnie się uzupełniali. Oni mają własne interesy, sekrety i problemy. Nie zawsze się lubią, nie zawsze sobie ufają i zdecydowanie nie zawsze mają ochotę sobie pomagać. Dzięki temu ich współpraca wydaje się znacznie bardziej naturalna. Najbardziej jednak ciekawiła mnie Nixie. Jej historia, magia botaniki i przede wszystkim relacja z Taro sprawiały, że za każdym razem, gdy pojawiały się razem, chciałam wiedzieć, co wydarzyło się między nimi wcześniej. Ich przeszłość nie jest tylko dodatkiem do głównej fabuły, wpływa na to, jak funkcjonują w teraźniejszości i dodaje ich relacji sporo napięcia.
Nie można też przemilczeć klimatu, bo tutaj autorka naprawdę sobie poszalała. „Przeklęta wieża” jest brudna, duszna i momentami obrzydliwa. Kości, krew, trupy, ożywione szkielety, rośliny wymykające się spod kontroli, nieumarłe zakonnice, generalnie lista rzeczy, których raczej nie chciałabym zobaczyć na własne oczy, jest długa. I właśnie te makabryczne elementy bardzo dobrze współgrają z zamkową scenerią. Podczas czytania miałam wrażenie, że niemal cały świat jest przesiąknięty śmiercią.
Autorka nie wykłada wszystkich kart od razu. Informacje pojawiają się stopniowo, a wraz z nimi zmienia się obraz bohaterów i całego świata. Kilka razy wydawało mi się, że już wiem, w którą stronę zmierza fabuła, po czym okazywało się, że jednak niekoniecznie. To zdecydowanie jeden z tych przypadków, kiedy własne teorie potrafią człowiekowi bardziej namieszać w głowie niż sama książka.
To jest zdecydowanie książka, która potrafiła mnie zaciekawić. Chciałam poznawać kolejne sekrety, obserwować bohaterów i przede wszystkim zrozumieć, co tak naprawdę znajduje się za tym wszystkim, co mieszkańcy Czterech Baszt uważają za prawdę. A zakończenie tylko dolało oliwy do ognia. Po ostatnich stronach zostałam z większą liczbą pytań niż odpowiedzi i zdecydowanie nie jestem jeszcze gotowa, żeby pożegnać się z tym światem. Jeśli kolejne tomy utrzymają ten poziom pomysłowości i atmosfery, to bardzo chętnie sprawdzę, dokąd autorka zamierza nas jeszcze zabrać.
„Przeklęta wieża” będzie dobrym wyborem dla osób, które mają ochotę na fantastykę pełną mroku, dziwacznej magii, tajemnic i bohaterów, którym daleko do idealnej paczki przyjaciół. A jeśli macie słabość do gotyckich zamków i historii, w których nigdy nie można być pewnym, kto mówi prawdę, to tym bardziej warto dać jej szansę.

