Największą siłą tej książki są emocje, ale nie te wielkie, dramatyczne wybuchy, tylko te ciche, ukryte między słowami. Najbardziej poruszył mnie wątek małej Skye. To właśnie ona kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jej historia jest surowa, momentami wręcz niewygodna, ale jednocześnie niesamowicie ludzka. To jeden z tych elementów, które zostają w głowie na długo po zamknięciu książki. Relacja Kiary i Killiana? Spokojniejsza, niż można by się spodziewać. I to akurat działa na plus, zamiast niekończących się dramatów dostajemy rozmowy. Normalne, potrzebne, momentami bardzo dojrzałe. Problem w tym, że trochę brakuje tu iskry. Niby wszystko jest na miejscu, ale trudno złapać z nimi głębszą więź. Mam też wrażenie, że ta historia próbuje złapać zbyt wiele srok za ogon. Wojna, trauma, strata, drugie szanse, relacje rodzinne, praca socjalna, to wszystko aż prosi się o rozwinięcie. A tutaj dostajemy raczej szkice niż pełne obrazy. Wątki pojawiają się, zarysowują i zanim zdążą wybrzmieć, to już znikają gdzieś w tle. Efekt? Czyta się szybko, płynnie i bez większego wysiłku, ale równie szybko ta historia gdzieś się rozmywa.
Nie znaczy to, że to zła książka. Wręcz przeciwnie, ma w sobie coś „otulającego”. To taki typ historii, który dobrze sprawdzi się wieczorem, kiedy nie masz siły na ciężkie, przytłaczające lektury, ale nadal chcesz poczuć coś więcej niż tylko lekką rozrywkę. Szkoda tylko, że przy odrobinie większej objętości i głębi mogłaby być naprawdę mocna. To książka z ogromnym potencjałem, kilkoma naprawdę poruszającymi momentami i bohaterami, których da się polubić, ale trudno pokochać. Jeśli lubisz historie o drugich szansach i emocjach podanych w przystępnej formie, to warto spróbować. Jeśli jednak szukasz czegoś, co rozbije cię na kawałki, możesz poczuć lekki niedosyt.
Brak komentarzy