NAJNOWSZE POSTY

Niektóre historie kończą się tak, że zamykasz książkę z uśmiechem, inne zostawiają po sobie lekki niedosyt i „Łaska i chwała” balansuje gdzieś dokładnie pomiędzy tymi dwoma stanami. To finał trylogii "The Harbinger", na który czekałam z ekscytacją, ale i z obawą, bo ta seria od początku była… nierówna.

Nie będę owijać w bawełnę: tom pierwszy był rewelacyjny, świeży, emocjonalny i obiecujący. Drugi wyraźnie słabszy, momentami męczący i rozwleczony. Na szczęście trzeci tom wraca na właściwe tory, bo dzieje się tu naprawdę dużo. Jest akcja, jest napięcie, jest romantyczna chemia, są diabły, których… no cóż, nie da się nie kochać.

Trinity Marrow zaczyna tę część w miejscu, w którym nikt nie chciałby się znaleźć, po przegranej bitwie, po stracie ukochanego protektora, z poczuciem, że nawet sojusz aniołów i demonów może nie wystarczyć, by powstrzymać zwiastuna. Nad światem wisi apokalipsa, ludzkość balansuje na granicy zagłady, a jedyną deską ratunku okazuje się Lucyfer. Sprowadzenie go na Ziemię brzmi jak przepis na katastrofę i dokładnie tym jest. Ale za to taką katastrofę czyta się z przyjemnością.

Lucyfer zdecydowanie skradł mi serce. Charyzmatyczny, nieoczywisty, momentami zaskakująco zabawny,  totalnie inny niż się spodziewałam. Podobnie jak Roth, którego powrót (i to w większej dawce!) był dla mnie ogromnym plusem. Fani Dark Elements naprawdę mają tu co zbierać z podłogi.

Relacja Trin i Zayne’a przechodzi tu przez nowe, intensywne etapy. Po tym wszystkim, co ich spotkało, między nimi tworzy się głębsza, bardziej bolesna, ale i piękna więź. Jest romantycznie, czasem aż za bardzo, ale nie da się odmówić im emocji. Zayne po przemianie to klasyczny Armentroutowy ideał, kocha bezgranicznie, zrobi wszystko, nawet jeśli oznacza to upadek do najgłębszych warstw piekła. I tak, nadal jest „do schrupania”.

Ogromnym ukłonem w stronę autorki pozostaje sposób, w jaki poprowadziła chorobę oczu Trinity. Bez magicznych uzdrowień, bez tanich rozwiązań. To jeden z najbardziej poruszających i autentycznych elementów tej serii, przypomnienie, że nie wszystko da się naprawić, a życie bywa bezlitosną loterią. I że mimo tego można być silnym.

Nie wszystko jednak zagrało idealnie. Zakończenie było dla mnie zbyt mocno „happy endowe”, jakby autorka bardzo chciała domknąć wszystkie wątki szybko, gładko i bez większego bólu. Finałowe starcie potoczyło się za szybko, a część napięcia, budowanego przez całą trylogię, gdzieś się po drodze ulotniła. Było emocjonalnie, były łzy, ale zabrakło mi tej ostatniej, miażdżącej kropki nad „i”.

Mimo to nie żałuję tej podróży. Trzeci tom nadrabia dynamiką, chemią między bohaterami, humorem i klimatem anielsko-demonicznego chaosu. Nawet jeśli z czasem anioły i demony zleją mi się z innymi historiami romantasy, Trinity – silna dziewczyna stopniowo tracąca wzrok – zostanie ze mną na długo. Czy to idealny finał? Nie. Czy satysfakcjonujący? W dużej mierze tak. Czy warto było dotrwać do końca? Zdecydowanie. Bo czasem nawet nierówna seria potrafi zakończyć się tak, że po prostu… trudno się z nią rozstać.

Brak komentarzy