NAJNOWSZE POSTY

Gniew i ruiny” to książka, która przypomina spokojne morze tuż przed burzą, długo pozornie niewiele się dzieje, aż nagle wszystko eksploduje naraz. Jennifer L. Armentrout po raz kolejny zabiera nas do świata, w którym anioły, demony i gargulce mieszają się z codziennością Waszyngtonu, a stawką jest nie mniej niż los ludzkości. I trzeba jej oddać jedno: świat przedstawiony, pomysł na fabułę i same fundamenty tej historii są naprawdę świetne.

Największym problemem tego tomu była dla mnie jednak relacja Trin i Zayne’a. Ich uczucie rozwijało się zdecydowanie za długo, a ciągłe przyciąganie i odpychanie, niedopowiedzenia oraz emocjonalne fochy w pewnym momencie zaczęły mnie zwyczajnie męczyć. Gdy już przywykłam do tego napięcia i lęku, nagle… wszystko zniknęło. Jakby ktoś pstryknął palcami i wyłączył emocjonalny hamulec ręczny. Ten kontrast był zbyt gwałtowny i przez to mało satysfakcjonujący.

Na szczęście książka broni się tam, gdzie Armentrout czuje się najlepiej. Zwroty akcji są trafione, intryga wokół Zwiastuna wciąga, a poczucie, że ktoś manipuluje Trinity, buduje ciekawą, niepokojącą atmosferę. No i zakończenie to totalny szok. Kompletnie nie takie, jakiego się spodziewałam, ale właśnie dlatego działa tak dobrze. Zostawia czytelnika z otwartymi ustami i myślą: okej, tego się nie spodziewałam, ale chcę więcej.

Muszę jednak być szczera: kocham twórczość Jennifer L. Armentrout, mam do niej ogromny sentyment i wiem, na co ją stać. Dlatego właśnie czuję lekkie rozczarowanie. Drugi tom serii nie dorównał poziomem „Sztormowi i furii”, który był bardziej dynamiczny, świeższy i emocjonalnie spójniejszy. Tutaj momentami miałam wrażenie, że historia stoi w miejscu, by na końcu nagle ruszyć sprintem.

„Gniew i ruiny” to książka z ogromnym potencjałem, świetnym światem i finałem, który wbija w fotel. Jednocześnie to też tom nierówny, chwilami przeciągnięty i słabszy od swojego poprzednika. Nie idealny, ale wciąż na tyle dobry, by chcieć sprawdzić, dokąd ta historia nas jeszcze zaprowadzi. I dokładnie za to, mimo wszystko, nadal lubię Armentrout.

Brak komentarzy