NAJNOWSZE POSTY

No i dotarłam do końca trylogii "Black Bird Academy". I wiecie co? Chyba właśnie potrzebuję chwili ciszy, żeby pogodzić się z tym, co tutaj zaszło. 😂 Bo o ile dwa pierwsze tomy naprawdę polubiłam, o tyle przy trzecim coraz częściej zastanawiałam się, czy czytam tę samą serię. Na początku było naprawdę dobrze! Bawiłam się świetnie, śmiałam się z tekstów Lore i cieszyłam, że znowu mogę spędzić z nim trochę czasu. Ten jego specyficzny humor miał swój urok i początkowo byłam kupiona jak w poprzednich tomach. Problem w tym, że co za dużo, to niezdrowo, a tutaj nawet najlepszy żart potrafi się znudzić, kiedy słyszymy go po raz piętnasty. Z czasem zaczęły mnie męczyć te wszystkie dziecinne odzywki Lore. To, co wcześniej wywoływało uśmiech, zaczęło mnie zwyczajnie irytować. Miałam ochotę czasem powiedzieć mu: dobra, chłopie, już wiemy, że jesteś zabawny, możemy teraz wrócić do fabuły? 😅

A skoro już przy fabule jesteśmy… Dzieje się tu naprawdę dużo. Mamy demony, nielegalne laboratoria, homunkulusy, spiski, skorumpowanych egzorcystów, nowe zagrożenia i wizję wojny, która może odmienić losy świata. Brzmi jak przepis na emocjonujący finał, prawda? No właśnie. Problem polega na tym, że dużo wydarzeń nie oznacza automatycznie ciekawej historii. Akcja niby gna do przodu, ciągle coś się dzieje, bohaterowie wpadają w kolejne tarapaty, ale mnie coraz trudniej było się tym przejmować. Brakowało mi napięcia, sensownego prowadzenia wydarzeń i poczucia, że to wszystko rzeczywiście do czegoś zmierza. Zamiast siedzieć z nosem w książce i zastanawiać się, co będzie dalej, łapałam się na tym, że czytam kolejne strony bez większych emocji.

Do tego dochodzi kwestia wiarygodności. Wiem, że fantastyka rządzi się swoimi prawami i nie oczekuję od historii o demonach realizmu rodem z dokumentu naukowego, ale nawet w tak szalonym świecie potrzebuję pewnej logiki. Tutaj momentami miałam wrażenie, że wystarczy rzucić kolejne wielkie wydarzenie, dorzucić dramatyczną sytuację i uznać sprawę za załatwioną. Niektóre rzeczy zwyczajnie trudno było mi kupić, a im dalej brnęłam w historię, tym większe miałam niedowierzanie.

Sama Leaf też nie pomagała mi w odbiorze tej części. Niby od jej decyzji zależą losy świata, a ja momentami miałam wrażenie, że ona sama nie do końca wie, co się wokół niej dzieje. Brakowało mi w niej konsekwencji i rozwoju, który sprawiłby, że rzeczywiście uwierzyłabym w jej rolę w tej historii. Nie chodzi o to, żeby główna bohaterka zawsze wiedziała, co robić, ale chciałabym widzieć, że doświadczenia z poprzednich tomów czegoś ją nauczyły.

A relacje romantyczne? Tutaj również nie do końca się odnalazłam. Zamiast emocji, które sprawiałyby, że kibicowałabym bohaterom, coraz częściej miałam poczucie, że wątek miłosny przejmuje stery i nie bardzo chce je oddać. Momentami było tego po prostu za dużo, a niektóre sytuacje wydawały mi się tak przesadzone, że zamiast ekscytacji pojawiało się zdziwienie. Zabrakło mi równowagi między romansem a właściwą historią o demonach, egzorcystach i zagrożeniu dla całego świata. Chciałam emocjonującego finału, a chwilami dostawałam coś, co skutecznie odciągało mnie od głównej fabuły. No i chemia...gdzieś po drodze zniknęło to, co udało się autorce zbudować między bohaterami w poprzednich tomach. Tutaj nie czułam nic.

Szkoda mi też Tokio, bo sama zmiana scenerii mogła być naprawdę ciekawa. Nowe miejsce, nowe tajemnice, inne motywy i możliwości rozbudowania świata, to wszystko miało potencjał. Tylko że w finałowym tomie, zamiast poczuć, że poszczególne elementy układanki wreszcie wskakują na swoje miejsce, miałam wrażenie, że ktoś dorzuca kolejne puzzle, kiedy ja nadal próbuję ułożyć poprzednie. Chciałam, żeby autorka skupiła się na tym, co już znałam i co zdążyłam polubić, zamiast dokładać tyle nowych elementów na ostatniej prostej.

I chyba właśnie to rozczarowuje mnie najbardziej. Nie oczekiwałam, że finał będzie idealny. Oczekiwałam, że będzie satysfakcjonujący. Że dostanę emocje, domknięcie ważnych wątków i poczucie, że te wszystkie godziny spędzone z bohaterami prowadziły do czegoś konkretnego. Tymczasem zakończenie pozostawiło mnie z niedosytem i pytaniami, a nie z tym przyjemnym uczuciem, które pojawia się po skończeniu dobrej trylogii.

Nie chcę też udawać, że nie było tutaj żadnych plusów. Początek naprawdę sprawił mi frajdę, a sam pomysł na świat, demony i akademię nadal uważam za interesujący. To właśnie dlatego tak trudno mi przejść obok tej książki obojętnie. Gdybym od początku nie widziała w tej historii potencjału, pewnie byłoby mi łatwiej. Ale widziałam. I to całkiem sporo.

„Pokochaj śmierć” nie sprawiło, że pokochałam tę serię jeszcze bardziej. Wręcz przeciwnie, zostawiło mnie z ogromnym niedowierzaniem jak można zepsuć jednym tomem całą trylogię. Pierwsze dwa tomy dały mi mnóstwo frajdy i naprawdę liczyłam na mocne zakończenie. Niestety, tym razem humor zaczął nużyć, akcja nie potrafiła mnie zaangażować, a kolejne wydarzenia zamiast budować napięcie, coraz częściej wywoływały we mnie obojętność. Szkoda, bo potencjał był ogromny. A ja zamiast zamknąć książkę z myślą „ale to była przygoda!”, zamknęłam ją z myślą „serio? To tak miało wyglądać?”. Dwa pierwsze tomy wciąż mają u mnie swoje miejsce, ale trzeci niestety mocno ostudził mój entuzjazm. I chyba najbardziej boli mnie to, że jeszcze na początku tej historii naprawdę dobrze się bawiłam. 💔


Brak komentarzy