W tym tomie poczucie mocno wyczuwalne jest, że świat „Koła Czasu” wreszcie przestaje być jedynie tłem dla przygód bohaterów. On zaczyna żyć własnym życiem. Polityka, dawne konflikty, proroctwa, tajemnice, różne kultury i interesy poszczególnych grup coraz mocniej splatają się ze sobą. Każda decyzja wydaje się mieć konsekwencje, nawet jeśli na początku trudno je dostrzec. Bardzo dobrze dla całej historii zrobił również podział historii na kilka głównych ścieżek.
Rand wkracza w coraz bardziej skomplikowaną rolę przywódcy i próbuje zrozumieć, czym właściwie jest jego przeznaczenie. Jego historia związana z Aielami zdecydowanie należy do najciekawszych fragmentów książki. Jest w niej sporo odkrywania przeszłości, zderzenia różnych światów i przede wszystkim obserwowania człowieka, który powoli przestaje być zwyczajnym chłopakiem z Dwóch Rzek. Perrin również dostaje sporo miejsca i jego wątek bardzo przypadł mi do gustu. Szczególnie interesujące jest obserwowanie, jak odpowiedzialność zaczyna na nim ciążyć coraz mocniej. To już nie jest bohater, który może po prostu martwić się o siebie i swoich przyjaciół. Pojawiają się ludzie, którzy oczekują od niego decyzji, odwagi i przywództwa. Nieco inaczej odebrałem historię Nynaeve i Elayne. Ich przygody potrafią wciągnąć, ale momentami miałem wrażenie, że znajdują się w zupełnie innej książce niż Rand czy Perrin. Na szczęście wątek związany z Czarnymi Ajah i poszukiwaniem informacji stopniowo nabiera rumieńców, a świat snów i możliwości, jakie daje, dodaje całości bardzo interesującego, niemal surrealistycznego klimatu.
I właśnie to podoba mi się w tej części najbardziej, to że Jordan coraz odważniej pokazuje, jak wiele jeszcze nie wiemy o jego świecie. Proroctwa nie są już tylko tajemniczymi słowami gdzieś w tle. Historia Aielów otwiera zupełnie nową perspektywę, podobnie jak Kraina Snów czy coraz bardziej skomplikowana sytuacja polityczna. Im więcej odpowiedzi dostajemy, tym więcej pojawia się nowych pytań. Nie oznacza to oczywiście, że książka jest bez wad. Momentami cierpliwość czytelnika zostaje wystawiona na ciężką próbę. Są fragmenty, w których fabuła niemal stoi w miejscu, a szczegółowość opisów zaczyna działać przeciwko historii, aż ma się ochotę kartkować dalej. Niektóre schematy zachowań bohaterów również potrafią irytować, szczególnie gdy kolejny raz obserwujemy podobną kłótnię, nieporozumienie czy próbę udowodnienia swojej racji. A jednak trudno mi mieć o to większy żal, bo pod tym wszystkim kryje się naprawdę ogromna historia.
„Wschodzący cień” jest dla mnie momentem, w którym „Koło Czasu” zaczyna pokazywać swój prawdziwy rozmiar. To już nie tylko opowieść o grupie młodych ludzi wrzuconych w wir niezwykłych wydarzeń. To wielka układanka, w której każdy element może okazać się ważny. Bohaterowie dojrzewają, zmieniają się ich relacje, rosną stawki, a świat wokół nich coraz wyraźniej zmierza w stronę wielkiego konfliktu. Czytanie tej książki wymaga czasu, cierpliwości i odpowiedniego nastawienia. Nie jest to powieść, którą pochłonie się między obiadem a snem. To raczej książka, w której można się urządzić na dłużej. Ja ją osobiście musiałam przeplatać z lżejszymi historiami, aby udźwignąć jej ciężar.
„Wschodzący cień” to ogromna, momentami przesadnie szczegółowa, ale jednocześnie niezwykle ambitna powieść fantasy. Nie zawsze płynie wartkim nurtem, czasem każe cierpliwie czekać, ale gdy już nabiera rozpędu, potrafi wynagrodzić każdą przeczytaną stronę. A skoro po zakończeniu ponad tysiąca stron zamiast odetchnąć z ulgą zaczynam zastanawiać się, co wydarzy się dalej, to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę jej wystawić.
Brak komentarzy