Relacja Rey i Arica od początku przyciąga uwagę. Ich wzajemna zawziętość, wrogość i słowne przepychanki potrafią wciągnąć, chociaż trudno nie odnieść wrażenia, że cały motyw „enemies to lovers” znika praktycznie na pstryknięcie palcem. Niby się nienawidzą, niby stoją po przeciwnych stronach konfliktu, ale bardzo szybko zaczynają bardziej flirtować niż faktycznie ze sobą walczyć. Trochę zabrakło mi tutaj większego napięcia i czasu na rozwinięcie tej relacji, bo potencjał był naprawdę ogromny.
Mimo tego autorka potrafi pisać lekko i z humorem. Kilka dialogów i docinek naprawdę mnie rozbawiło, dzięki czemu książka nie była przesadnie ciężka czy patetyczna. To bardziej historia, przy której można dobrze się bawić, niż epickie fantasy z ogromnym światem i skomplikowaną polityką. I chyba właśnie z takim nastawieniem najlepiej po nią sięgnąć, aby nie było rozczarowania. Bo „Upadek bogów” to przede wszystkim romans z fantasy w tle, a nie odwrotnie. Jeśli ktoś oczekuje rozbudowanego świata bogów i gigantów, może poczuć niedosyt. Sama fabuła bywa dość banalna i momentami bardzo przewidywalna, ale jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej. To trochę jak oglądanie serialu, który niekoniecznie jest arcydziełem, ale i tak włącza się kolejny odcinek „tylko na chwilę”. Nie jest to książka idealna i zdecydowanie dało się wycisnąć z tego pomysłu znacznie więcej, autorka zdecydowanie trochę za dużo chciała wrzucić w krótkim czasie, jednak klimat tajemniczości, nordyckie motywy i lekki styl sprawiły, że finalnie dobrze spędziłam z nią czas.
Brak komentarzy