Cassandra Clare zabiera nas do Castellane, miasta pełnego kontrastów. Z jednej strony są błyszczące pałace, bale i bogactwo elit, z drugiej bieda, przestępczy półświatek i ludzie, którzy muszą walczyć o przetrwanie. W sam środek tego chaosu wrzuca Kela, chłopaka wychowanego na sobowtóra księcia. Jego rola jest brutalnie prosta, musi żyć jako cień następcy tronu i umrzeć za niego, jeśli zajdzie taka potrzeba. Już sam ten motyw jest kapitalny i naprawdę działa. Najmocniejszym punktem książki są właśnie bohaterowie i ich relacja. Kel wypada świetnie, bo jest rozdarty między lojalnością wobec przyjaciela i obowiązku, a własnym "ja", którego właściwie nigdy nie miał szansy zbudować. Książę Conor to lekkoduch, który nadaje ciężkości wydarzeń wytchnienia. Lin z kolei wnosi do historii magię, ambicję i spojrzenie kogoś stojącego poza systemem. Ich losy przecinają się naturalnie, bez sztucznego popychania fabuły na siłę.
Jeśli natomiast mowa o fabule, to tutaj już bywa różnie. To nie jest książka, którą pochłania się w weekend. Początek jest gęsty od nazwisk, rodów, polityki, zwyczajów i opisów, aż zaczęłam w pewnym momencie wątpić czy ta historia się rozkręci i mam siłę dalej przez nią brnąć. Clare buduje świat bardzo dokładnie, momentami aż za dokładnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, lubi szybkie tempo i akcję od pierwszego rozdziału, może się odbić. Tutaj wszystko rozkręca się powoli, ale kiedy w końcu zaczyna zazębiać się intryga, robi się naprawdę ciekawie i nim człowiek się obejrzy, jest już na finiszu. Pojawia się także magia, która nie zalewa tej historii z każdej strony. Jest obecna, ważna, ale nie przykrywa polityki, konfliktów społecznych i walki o wpływy, które są fundamentem historii. Dzięki temu świat wydaje się bardziej wiarygodny, a stawka większa niż tylko kolejny pojedynek dobra ze złem.
Czy książka jest za długa? Trochę tak ze względu na mnogość opisów. Dałoby się ją skrócić bez straty dla historii, bowiem autorka za bardzo skupia się na drobiazgach. Są fragmenty, które spokojnie można było przyciąć, bo zamiast budować napięcie, tylko opóźniają to, na co czytelnik czeka. Ale jednocześnie finał wynagradza cierpliwość. To jedno z tych zakończeń, po których człowiek od razu chce drugi tom. Finalnie więc śmiało mogę stwierdzić, że "Strażnik miecza" to fantasy dla tych, którzy lubią rozbudowane światy, dworskie intrygi, bohaterów z problemami i historie, które dojrzewają powoli. Nie jest to lektura lekka ani błyskawiczna, ale ma klimat i potencjał. Trochę za bardzo się rozwleka, trochę za długo ustawia pionki na planszy, ale gdy już zaczyna grać, to gra dobrze.
Brak komentarzy