NAJNOWSZE POSTY

Jeśli miałabym streścić moje wrażenia po lekturze "Smoka odrodzonego" jednym zdaniem, to powiedziałabym: to książka, która trochę ucieka od swojego bohatera i wychodzi jej to zaskakująco na dobre. Ten tom to dosłownie smok, którego prawie nie ma. No bo tak, tytuł krzyczy "Smok!", przepowiednie szaleją, świat stoi na krawędzi zagłady, a tymczasem Rand robi coś w stylu: "okej, to ja sobie pójdę… sam… ogarnąć przeznaczenie". I znika. Serio. Jakby ktoś w epickim fantasy nagle wyciszył główną postać i powiedział: "dajcie mówić innym", a my jako czytelniczy mamy wyraźną dezorientację w głowie. I to jest dziwnie odświeżające. Bo nagle okazuje się, że ten świat nie kręci się tylko wokół jednego wybrańca z problemami egzystencjalnymi (choć tych mu nie brakuje, jest skażona moc, wizja szaleństwa, ciężar odpowiedzialności, czyli klasyk, ale podany z ciężarem). Zamiast tego dostajemy galerię bohaterów, którzy wreszcie mają przestrzeń, żeby się rozwinąć. Jedni błyszczą, a inni irytują bardziej niż powinni.

Nie będę udawać obiektywności, Mat definitywnie kradnie tę książkę. Z postaci, którą kiedyś chciało się potrząsnąć i odesłać do domu, wyrasta ktoś naprawdę ciekawy. Trochę szczęściarz, trochę hazardzista, trochę strateg, który sam nie do końca wie, jak to się stało. Jego wątek ma tempo, lekkość i coś, czego momentami brakuje reszcie, naturalność. Kiedy inni toną w dramatach, przeznaczeniu i podejrzliwości wobec absolutnie wszystkich, Mat po prostu działa. I robi to dobrze.

Jeśli chodzi o kobiety występujące w książce, to zastanawiam się czy jest w nich siła czy bardziej frustracja dla czytelników. Tu robi się bardziej kontrowersyjnie. Z jednej strony mamy potężne, decyzyjne bohaterki, które nie są tylko tłem dla męskich losów. Z drugiej ich relacje momentami przypominają konkurs na to, kto będzie bardziej uparty, kąśliwy i przekonany o swojej nieomylności. Czy to realistyczne? Może. Czy bywa męczące? Oj, bardzo. Są jednak wyjątki, postacie, które wnoszą świeżość i charakter bez irytującej nuty wyższości. I dla nich warto przez te fragmenty przebrnąć

Nie oszukując i będąc szczerą mogę śmiało napisać, że początek i środek książki potrafią się ciągnąć. To nie jest tom, który pędzi na złamanie karku. To raczej powolne budowanie napięcia, rozszerzanie świata, dokładanie kolejnych elementów do układanki. Ale potem przychodzi finał. I nagle wszystko nabiera sensu, ten powolny rytm, rozproszone wątki, dziwne decyzje bohaterów. Końcówka jest duża, dramatyczna, wręcz teatralna. Taka, która przypomina, że to jednak epicka fantasy pełną gębą. 

To, co naprawdę robi wrażenie, to skala świata. Tu nie ma prostego podziału na dobro i zło, są organizacje, które powinny być ostoją światła, a okazują się przegniłe od środka. Są sny, które mają znaczenie. Są przepowiednie, które bardziej straszą niż dają nadzieję. I jest Rand, gdzieś w tle, który powoli przestaje być chłopakiem z wioski, a zaczyna być kimś niepokojącym.

„Smok odrodzony” to książka trochę nierówna, czasem frustrująca, momentami rozwleczona, ale jednocześnie cholernie wciągająca. To taki tom przejściowy, który zamyka pewien etap historii, pozwala lepiej poznać świat i przygotowuje grunt pod coś większego. I mimo wszystkich wad, a trochę ich jest, trudno się od niego oderwać. Bo nawet jeśli bohaterowie doprowadzają cię do szału, to i tak chcesz wiedzieć, co będzie dalej. A Koło Czasu kręci się dalej.

Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem 

Brak komentarzy