Największym zaskoczeniem był dla mnie główny bohater. Nie dostajemy tu klasycznego bad boya, który od początku epatuje buntem i agresją. Adrian to raczej mroczny chłopak z twarzą anioła, perfekcyjny w oczach świata, niemal krystaliczny wobec ludzi, a jednocześnie pełen własnych, głęboko skrywanych cieni. Jego mrok nie jest krzykliwy. Jest cichy, duszny i przez to znacznie bardziej niepokojący.
Relacja między nim a Poppy to absolutne sedno tej historii i jednocześnie jej największe zagrożenie. To więź niebezpieczna, toksyczna, obsesyjna, a mimo to niesamowicie wciągająca. Jest w niej coś z obłędu, coś z gry nerwów, coś z uzależnienia. Główny bohater nie zna słowa „nie” i nie uznaje odmowy, a ona… buntuje się, próbuje stawiać granice, a jednak krąży wokół niego jak ćma wokół ognia. Wie, że może się sparzyć, a mimo to wraca. Co ciekawe, on jest jednocześnie przerażający i troskliwy. To połączenie sprawia, że czytelnik cały czas balansuje między niepokojem a fascynacją. To bez wątpienia najbardziej niezdrowa relacja, z jaką spotkałam się w książkach i właśnie dlatego działa tak mocno. Autorka niczego tu nie lukruje, nie próbuje udawać, że to miłość. To obsesja w czystej postaci.
Sceny erotyczne? Intensywne, ale nie niesmaczne. Nie ma tu przesady ani taniej prowokacji. Jedyny moment, który zapada w pamięć bardziej dosłownie, to porównanie napięcia w bohaterce do szybkowaru - trochę zbyt obrazowe, ale też… idealnie oddające atmosferę tej relacji.
„Limerence” to historia duszna, mroczna i psychologicznie niepokojąca. To książka, która wciąga nie fabułą sensacyjną, a emocjonalnym chaosem bohaterów. Nie jest o miłości. Jest o kontroli, obsesji, przekraczaniu granic i o tym, jak cienka bywa linia między fascynacją a zagładą.I choć doskonale wiem, że nic w tej relacji nie powinno działać, to jednak działa aż za dobrze. Czytało mi się ją wyśmienicie.
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Brak komentarzy