NAJNOWSZE POSTY

Wyobraź sobie, że budzisz się pewnego dnia i nie masz pewności, czy to, co widzisz, naprawdę istnieje. Słyszysz głosy, których nie powinno być, a rzeczywistość zaczyna przypominać kiepsko złożoną układankę, w której ktoś celowo pozamieniał elementy. Najgorsze? Nie możesz uciec, bo nie wiesz nawet, czy możesz ufać własnej głowie. Brzmi jak koszmar? Dla bohaterów „Przechwyconych” T.J. Payne to dopiero początek problemów.

Punktem wyjścia jest tajny ośrodek badawczy, eksperymenty na ludziach i naukowcy, którzy najwyraźniej uznali, że granice moralności są jedynie drobną niedogodnością na drodze do wielkich odkryć. Izolowani od świata badani tracą zmysły, ale w zamian zyskują zdolność włamywania się do umysłów innych ludzi. Stają się narzędziem, które może okazać się niezwykle przydatne w obronie kraju. Wszystko pięknie, dopóki eksperyment nie zaczyna żyć własnym życiem, a jego twórcy nie odkrywają, że nie każdą puszkę Pandory da się ponownie zamknąć. Joe, pracujący przy projekcie, szybko przekonuje się, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Pojawia się szaleństwo, rzeczywistość staje się coraz mniej wiarygodna, a zagrożenie zaczyna sięgać znacznie dalej, niż ktokolwiek zakładał. I właśnie ten motyw kupił mnie najbardziej. Bo o ile przed mordercą można próbować uciec, o tyle trudno znaleźć kryjówkę przed kimś, kto potrafi przejąć kontrolę nad tym, co widzisz i czego jesteś pewien.

T.J. Payne bawi się lękiem, który nie potrzebuje ciemnego korytarza ani nagłego wyskoku potwora zza drzwi. Wystarczy chwila niepewności. Jedno zdarzenie, które nie pasuje do reszty. Myśl, że może wcale nie masz kontroli nad sytuacją, choć bardzo chcesz w to wierzyć. Podczas lektury kilka razy łapałam się na tym, że próbuję wyprzedzić wydarzenia i znaleźć logiczne wyjaśnienie tego, co właśnie się dzieje. Problem w tym, że im bardziej próbowałam wszystko sobie poukładać, tym mocniej historia potrafiła namieszać mi w głowie.

Nie oznacza to jednak, że książka jest pozbawiona wad. Autor ma wyraźną tendencję do rozwlekania niektórych opisów, które momentami ciągną się dłużej, niż jest to potrzebne. Zdarzało mi się pomyśleć, że dana scena mogłaby być krótsza, a fabuła wcale by na tym nie straciła. Wręcz przeciwnie, miejscami zyskałaby na dynamice. Kiedy napięcie zaczyna rosnąć, chciałoby się, żeby autor przestał na chwilę krążyć wokół tematu i po prostu mocniej nacisnął pedał gazu.

Na szczęście pomysł na tę historię jest na tyle intrygujący, że łatwo wrócić do lektury nawet po chwilowym znużeniu. A kiedy wydarzenia nabierają tempa, pojawia się ten przyjemnie nieprzyjemny dreszczyk, przez który człowiek chce czytać dalej, choć jednocześnie przeczuwa, że za chwilę wydarzy się coś naprawdę paskudnego. To nie jest strach oparty wyłącznie na brutalności. Znacznie bardziej działa tutaj niepewność i świadomość, że ludzki umysł może stać się bronią, a człowiek, który powinien mieć nad nim kontrolę, może w rzeczywistości być jedynie pionkiem w cudzej grze.

W tle pojawia się również pytanie o cenę postępu. Czy można usprawiedliwić okrucieństwo, jeśli jego rezultaty mają służyć większemu dobru? Czy wystarczy przekonać samego siebie, że działa się w słusznej sprawie, żeby przestać odpowiadać za krzywdę innych? W „Przechwyconych” nauka nie jest niewinnym poszukiwaniem odpowiedzi, lecz niebezpieczną zabawą, w której rachunek za błędy mogą zapłacić ludzie niemający nic do powiedzenia.
Najbardziej podoba mi się to, że zagrożenie w tej książce nie ma jednej, łatwej do wskazania twarzy. Nie wystarczy znaleźć winnego, zamknąć go w pomieszczeniu i uznać sprawy za załatwioną. Kiedy granica między prawdą a tym, co narzucone przez cudzy umysł, zaczyna się zacierać, trudno komukolwiek zaufać. A bez zaufania nawet najprostsza decyzja może okazać się fatalnym błędem.

Czy „Przechwyceni” to horror idealny? Nie. Momentami przydałoby się trochę redakcyjnej odwagi i skrócenia opisów, które niepotrzebnie spowalniają akcję. Mimo tego książka potrafi wciągnąć swoim pomysłem, atmosferą zagrożenia i wizją świata, w którym własna głowa przestaje być prywatną przestrzenią.

T.J. Payne stworzył historię, która udowadnia, że czasami najbardziej przerażające rzeczy nie czają się pod łóżkiem, lecz kryją się tam, gdzie teoretycznie powinniśmy czuć się najbezpieczniej. Autor od czasu do czasu za długo zatrzymuje się przy opisach, ale gdy fabuła nabiera rozpędu, dreszczyk jest jak najbardziej obecny. Jeśli lubicie horrory z niepokojącym pomysłem, tajnymi eksperymentami i atmosferą, w której trudno odróżnić prawdę od iluzji, „Przechwyceni” mogą okazać się całkiem udaną lekturą. A po wszystkim zostaje jedno pytanie: jeśli ktoś potrafi przejąć twój umysł, to czy twoje myśli wciąż należą do ciebie?
 

Egzemplarz bezpłatny otrzymany od wydawnictwa 

Brak komentarzy