Nie spodziewałam się, że ta historia aż tak mocno da mi w kość. Myślałam, że po „Anathemie” wiem już, czego się spodziewać, ale autorka po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi uderzyć dokładnie tam, gdzie boli najbardziej. W „Eldritch” nie brakuje potworów, krwi, niebezpieczeństwa i wszechobecnego mroku, ale to wcale nie one zostawiły we mnie największy ślad. Najbardziej poruszyło mnie to, co człowiek może przeżyć, jak wiele jest w stanie znieść i jak trudno później poskładać siebie na nowo. A takie historie uwielbiam najbardziej!😍
Powrót do Mortasii był jak wejście w koszmar, z którego nie da się tak po prostu obudzić. Klimat tej książki jest niesamowity! Duszny, niepokojący, pełen grozy i tajemnic, które tylko czekają, żeby wyjść na światło dzienne. Miałam wrażenie, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, a nawet w chwilach względnego spokoju nie można odetchnąć z ulgą. Autorka świetnie buduje napięcie i kreuje świat, który jednocześnie fascynuje i przeraża. Tutaj mrok ma wiele twarzy, a nie wszystkie strachy mają pazury i kły.🖤
Naprawdę trudno opisać, ile emocji wzbudziła we mnie historia Zavandera. Fragmenty poświęcone przeszłości bohatera były momentami tak bolesne, że musiałam na chwilę odłożyć książkę i po prostu ochłonąć. Czułam smutek, bezsilność i ogromną złość, a im więcej dowiadywałam się o tym, co go spotkało, tym mocniej rozumiałam jego zachowanie. To, co wcześniej mogło wydawać się niezrozumiałe, nagle nabierało zupełnie innego znaczenia. Najbardziej poruszyło mnie jednak to, że za jego siłą kryje się człowiek, który został potwornie skrzywdzony. Człowiek, który próbuje walczyć nie tylko z tym, co dzieje się wokół niego, ale przede wszystkim z własnym umysłem. I właśnie ta walka bolała mnie najbardziej. Bo jak pomóc komuś, kto sam nie zawsze potrafi odróżnić to, co dzieje się teraz, od koszmarów, które nigdy tak naprawdę go nie opuściły? Jak ocalić kogoś, kto tak długo musiał walczyć o przetrwanie, że spokój stał się dla niego czymś niemal obcym? Nie będę ukrywać, że Zevander stał się dla mnie jedną z najważniejszych postaci tej historii. Chciałam, żeby wreszcie zaznał odrobiny szczęścia, żeby ktoś zdjął z jego barków choć część tego ciężaru. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej mu kibicowałam, a jednocześnie bałam się tego, co jeszcze może go spotkać. Jego wątek emocjonalnie mnie wykończył, ale właśnie dlatego uważam go za tak ważny i poruszający. 😢😮
Maevyth natomiast mimo wszystkich przeciwności nie przestaje walczyć o tych, których kocha. Jest troskliwa, odważna i zdeterminowana, ale nie mam poczucia, że nagle staje się niezniszczalna. Ona także ma swoje granice, własne lęki i ciężar, który musi unieść. Szczególnie doceniam jej relację z Zevanderem. Jest w niej namiętność, ale przede wszystkim obecność, wsparcie i próba zrozumienia drugiej osoby nawet wtedy, gdy nie jest to łatwe. Ich więź nie opiera się wyłącznie na wielkich słowach czy romantycznych gestach. Czasami znacznie więcej znaczą drobne momenty, w których jedno z nich po prostu nie odchodzi.
Na uwagę zasługuje również Kazhyimr, którego perspektywa wprowadza do tej historii nieco innej energii. Jego bezczelność, cięty język i niewyparzona gęba potrafiły rozładować napięcie w momentach, kiedy robiło się naprawdę ciężko. Niektóre wymiany zdań autentycznie mnie bawiły! Lubię bohaterów z charakterem, a tutaj nie brakuje ani zadziorności, ani uszczypliwości. Ten humor nie odbiera historii powagi, a wręcz sprawia, że emocjonalny ciężar pozostałych wątków staje się jeszcze bardziej odczuwalny.😁🤘
Nie będę jednak udawać, że od początku przepadłam bez reszty. Pierwsza część książki momentami trochę mi się dłużyła. Miałam wrażenie, że teraźniejsze wydarzenia stoją w miejscu, podczas gdy kolejne retrospekcje odsłaniają coraz więcej szczegółów z przeszłości bohaterów. Potrzebowałam chwili, żeby odnaleźć się w tym tempie, bo po pierwszym tomie liczyłam na nieco bardziej dynamiczny rozwój wydarzeń. Z perspektywy całej historii widzę jednak, że te fragmenty były potrzebne. Pozwalają lepiej zrozumieć bohaterów, ich decyzje i to, co dzieje się z nimi w teraźniejszości. A kiedy akcja wreszcie nabiera rozpędu, trudno się od niej oderwać. Napięcie rośnie, sytuacja staje się coraz bardziej niepokojąca, a ja z każdą stroną coraz mocniej obawiałam się, dokąd to wszystko zmierza.
I to właśnie uwielbiam w dobrze napisanym dark fantasy. Nie chodzi tylko o to, żeby zaskoczyć czytelnika kolejnym potworem czy brutalną sceną. Chodzi o to, żeby sprawić, że zacznie przeżywać tę historię razem z bohaterami. Żeby ich strach stawał się jego strachem, ich rozpacz odbierała mu spokój, a chwile szczęścia przynosiły prawdziwą ulgę. „Eldritch” nie zawsze trzyma równe tempo, ale emocjonalnie potrafi uderzyć z ogromną siłą. A zakończenie? No cóż, autorka zdecydowanie nie zamierza oszczędzać swoich czytelników. Ostatnie strony zostawiły mnie z głową pełną pytań, sercem ściśniętym z emocji i ogromną potrzebą poznania dalszego ciągu. Byłam jednocześnie zła, poruszona i kompletnie niegotowa na to, że muszę już skończyć czytanie. Naprawdę nie tak wyobrażałam sobie moment, w którym zamknę tę książkę.♥️
„Eldritch” to dla mnie przede wszystkim opowieść o bólu, traumie, miłości i walce o siebie w świecie, który nie daje zbyt wielu powodów do nadziei. Nie jest to lekka ani łatwa lektura. Niektóre wątki są brutalne i emocjonalnie obciążające, dlatego warto mieć na uwadze ostrzeżenia dotyczące treści. Ale jeśli szukacie mrocznego, gotyckiego fantasy z wyrazistymi bohaterami, rozbudowanym światem, niepokojącą magią i romansem, który ma w sobie coś więcej niż samą namiętność, zdecydowanie warto dać tej historii szansę. Ja kiedy myślę o „Eldritch”, nie przypominam sobie wyłącznie potworów, klątw i mroku. Przede wszystkim widzę Zevandera, któremu tak bardzo chciałam oszczędzić kolejnego cierpienia i Maevyth, która mimo wszystko nie przestaje przy nim trwać.A teraz pozostaje mi tylko czekać na finał trylogii. I szczerze? Po tym, co wydarzyło się tutaj, trochę się go boję. Ale jeszcze bardziej nie mogę się doczekać.🔥♥️🖤
Egzemplarz bezpłatny otrzymany od wydawnictwa
Brak komentarzy