Jon jest tutaj dokładnie tam, gdzie powinien być: w samym środku problemów. Dowodzenie Nocną Strażą okazuje się znacznie trudniejsze niż walka z mieczem w dłoni. Każda decyzja ma swoją cenę, każda próba zachowania równowagi może skończyć się katastrofą, a Jon coraz wyraźniej przekonuje się, że bycie przywódcą oznacza czasem podejmowanie decyzji, których samemu nie chciałoby się podjąć. Bardzo podobało mi się obserwowanie jego przemiany i tego, jak coraz bardziej musi lawirować między własnymi przekonaniami a tym, czego wymaga od niego sytuacja.
Równie mocno czekałam na Daenerys. Jej historia pokazuje, że zdobycie władzy może być paradoksalnie najłatwiejszą częścią całej drogi. Znacznie trudniej jest później sprawić, żeby ludzie zaakceptowali nowy porządek. Meereen staje się dla niej prawdziwą lekcją rządzenia, kompromisów i konsekwencji własnych decyzji. I właśnie to najbardziej mnie w jej wątku interesowało: obserwowanie, jak dziewczyna, która kiedyś po prostu chciała odzyskać swoje dziedzictwo, zaczyna rozumieć, że korona nie daje prostych odpowiedzi.
No i jest jeszcze Tyrion, którego nie da się pomylić z nikim innym. Jego poczucie humoru, inteligencja i kąśliwe komentarze nadal potrafią rozładować atmosferę, ale jednocześnie widać, jak bardzo wydarzenia z poprzednich tomów go zmieniły. Tym razem poznajemy go z nieco innej strony, bardziej zgorzkniałego, ostrożnego i momentami naprawdę zagubionego. Mimo wszystko nadal pozostaje jedną z tych postaci, dla których z przyjemnością przewracałam kolejne strony.
Podobały mi się również fragmenty z Aryą i jej treningiem wśród Ludzi Bez Twarzy. Jej historia jest zupełnie inna od pozostałych, bardziej tajemnicza i skupiona na pytaniu, kim właściwie Arya chce się stać. Im bardziej próbuje nauczyć się nowych zasad, tym mocniej czuć, że jej przeszłość wcale nie zamierza tak łatwo o sobie zapomnieć.
Martin po raz kolejny udowadnia, że jego świat żyje własnym życiem. Tutaj nie ma prostego podziału na dobrych i złych. Są ludzie, którzy robią straszne rzeczy z powodów, które potrafimy zrozumieć oraz tacy, którzy potrafią nas zaskoczyć swoją odwagą czy lojalnością. Największe zagrożenie nie zawsze przychodzi z pola bitwy, czasami wystarczy kilka słów wypowiedzianych przy odpowiednim stole.
Co prawda ogrom bohaterów, nazwisk i rozgałęziających się historii momentami wymaga naprawdę dużego skupienia, ale dla mnie właśnie ta mnogość jest jednym z największych uroków całej sagi. Każdy gdzieś zmierza, każdy coś planuje, ktoś komuś ufa, ktoś inny właśnie wbija mu nóż w plecy. I nawet kiedy wydaje się, że sytuacja zaczyna się uspokajać, Martin przypomina nam, że w tym świecie spokój zazwyczaj oznacza jedynie oczekiwanie na kolejne nieszczęście.
„Taniec ze smokami. Po uczcie” zostawił mnie więc z ogromną ochotą na więcej. To jedna z tych książek, przy których zamiast poczucia zamknięcia historii dostajemy jeszcze więcej pytań. I może właśnie dlatego tak trudno odłożyć ją na półkę. Bo kiedy po raz kolejny żegnam Westeros, mam wrażenie, że nie kończę opowieści, tylko na chwilę opuszczam miejsce, do którego bardzo chciałabym jeszcze wrócić.
Uwielbiam ten tom za jego rozmach, mnogość wydarzeń i przede wszystkim za możliwość ponownego spotkania z moimi ulubieńcami. Jon, Daenerys, Tyrion, Arya… naprawdę trudno się z nimi rozstać. A po zakończeniu tej części pozostaje już tylko jedno pytanie: George, kiedy możemy wrócić? Piętnaście lat od wydania ostatniego tomu, to trochę dużo;)
Brak komentarzy