Podczas czytania najbardziej ciekawiło mnie to, jak będzie wyglądało Śródziemie stworzone przez kogoś innego niż moja własna wyobraźnia. I tutaj David Wenzel zdecydowanie ma coś do powiedzenia. Jego wizja jest bardzo malarska, szczegółowa i momentami zaskakująco baśniowa. Spokojne krajobrazy potrafią w jednej chwili ustąpić miejsca ciemnym, niepokojącym miejscom, a bohaterowie nie zawsze wyglądają tak, jak można by ich sobie wcześniej wyobrażać. Ilustracje nie pełnią wyłącznie funkcji dekoracyjnej. Czasami wystarczy spojrzeć na jeden kadr, żeby poczuć atmosferę danej sceny. Widać w nich zarówno lekkość charakterystyczną dla początkowych fragmentów historii, jak i coraz większe napięcie, gdy wyprawa Bilba i krasnoludów zaczyna robić się naprawdę niebezpieczna.
Nie oznacza to jednak, że wszystko tutaj działa idealnie. Największym problemem okazała się dla mnie ilość tekstu. W niektórych miejscach opisy są tak obszerne, że zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zapomniano, że obraz również może opowiedzieć część historii. Przy powieści graficznej oczekiwałabym trochę większej równowagi między tym, co widzę, a tym, co czytam. Dodatkowo czcionka mogłaby być nieco większa, bo przy dłuższych fragmentach lektura nie zawsze była tak komfortowa, jak powinna. Mam też wrażenie, że osoby znające oryginalnego „Hobbita” mogą podejść do tej wersji z bardzo różnymi oczekiwaniami. Sama nie traktowałabym jej jako zamiennika książki Tolkiena. Oryginał ma swój język, humor i sposób prowadzenia narracji, których nie da się po prostu przenieść jeden do jednego do komiksu. Tutaj otrzymujemy raczej inną interpretację tej samej przygody.
I właśnie dlatego szczególnie dobrze widzę tę książkę w rękach dwóch grup czytelników. Pierwszą są osoby, które już znają historię Bilba i mają ochotę zobaczyć ją z innej perspektywy. Drugą są czytelnicy, których odstraszają dłuższe powieści fantasy. Graficzna forma może być dla nich znacznie łatwiejszym wejściem do świata Tolkiena, a być może nawet zachęcić do późniejszego sięgnięcia po oryginał. Samo wydanie oraz materiały dodatkowe oczywiście zdecydowanie zasługują na uznanie. Szkice i informacje o pracy nad adaptacją są ciekawym uzupełnieniem i pozwalają zobaczyć, jak powstawała wizualna strona tej historii. Dzięki nim można spojrzeć na książkę nie tylko jak na gotową opowieść, ale również jak na efekt wielu decyzji artystycznych.
„Hobbit. Powieść graficzna” nie jest wersją, która sprawiłaby, że odłożyłabym książkę Tolkiena na półkę i już do niej nie wróciła. Wręcz przeciwnie. Potraktowałam ją jako dodatkowe spotkanie z historią, którą już znam, tym razem bez konieczności budowania całego świata wyłącznie we własnej głowie. Bilbo nadal wyrusza w podróż, Gandalf nadal pojawia się wtedy, kiedy najmniej można się go spodziewać, krasnoludy mają przed sobą swój cel, a Smaug pozostaje jednym z największych zagrożeń na ich drodze. Zmienia się natomiast sposób, w jaki to wszystko oglądamy. I choć nie każdy artystyczny wybór Wenzela przypadł mi do gustu, doceniam to, że jego Śródziemie ma własny charakter. To pozycja przede wszystkim dla tych, którzy chcą zobaczyć „Hobbita” inaczej, a nie dla osób szukających wiernego zastępstwa dla powieści. Nie wszystko mnie tutaj zachwyciło, ale sama możliwość spojrzenia na przygodę Bilba z perspektywy ilustratora okazała się wystarczającym powodem, żeby spędzić z tą książką trochę czasu.


Brak komentarzy