Jednocześnie dzisiaj czytam już zupełnie inaczej. Z większą uwagą wyłapuję rzeczy, które kiedyś zupełnie mi nie przeszkadzały. Najbardziej rzucało mi się w oczy tłumaczenie. Niektóre konstrukcje zdań brzmiały nienaturalnie, a w pewnym momencie aż parsknęłam śmiechem, gdy na przestrzeni dwóch stron naliczyłam pięć zdań rozpoczynających się od słowa „Celaena”. To drobiazg, ale skutecznie wybijał mnie z rytmu czytania.
Zmieniło się również moje spojrzenie na bohaterów. Dziesięć lat temu byłam zdecydowanie #TeamChaol i właściwie od początku skreśliłam Doriana. Dzisiaj patrzę na niego znacznie łagodniej. Nadal jest rozpieszczonym książątkiem, który momentami zachowuje się tak, jakby jego życie było najtrudniejsze na świecie, choć dorastał w luksusie. Mimo to zyskał moją sympatię. Widać w nim dobro, empatię i chęć bycia kimś lepszym niż jego ojciec, a jego humor i sposób bycia sprawiają, że trudno go nie lubić. Chaol natomiast nadal ma w sobie to coś. Jest skryty, zdystansowany i ostrożny, ale właśnie tym przyciąga. Nie jest człowiekiem, który od razu odsłania wszystkie karty, a obserwowanie, jak stopniowo otwiera się przed innymi, wciąż sprawia ogromną satysfakcję. Po latach jeszcze bardziej doceniam jego opanowanie i rozsądek.
Największą zmianę odczułam jednak wobec samej Celaeny. Dziesięć lat temu zachwycałam się jej siłą i pewnością siebie. Dziś nadal ją lubię, ale nie potrafię już przymykać oka na pewne niespójności. Mówimy przecież o najlepszej zabójczyni w Adarlanie, a jednocześnie wielokrotnie zachowuje się zaskakująco miękko. Niektóre jej reakcje i decyzje po prostu nie pasują do reputacji, jaką zbudowała. Oczywiście wiem, że autorka chciała pokazać jej ludzką stronę i wrażliwość, ale miejscami miałam wrażenie, że te dwa wizerunki nie do końca się ze sobą zazębiają.
To jednak nie zmienia faktu, że świat stworzony przez Sarah J. Maas nadal robi ogromne wrażenie. Dworskie intrygi, tajemnice, turniej o tytuł Obrońcy Króla i stopniowo odkrywane sekrety sprawiają, że od tej historii naprawdę trudno się oderwać. Z przyjemnością wyłapywałam drobne szczegóły, które kiedyś umknęły mi przez emocje i tempo czytania.
Powrót do "Szklanego tronu" okazał się dokładnie tym, czego potrzebowałam. Nie był już bezkrytycznym zachwytem nastolatki, która zakochiwała się w każdym bohaterze i każdej scenie. Był świadomym spotkaniem z historią, która mimo swoich wad nadal ma w sobie coś wyjątkowego. Widzę dziś więcej niedociągnięć, inaczej odbieram relacje między bohaterami i dostrzegam rzeczy, które kiedyś całkowicie mi umknęły. A jednak magia tej opowieści wciąż działa. I chyba właśnie to jest najlepszym dowodem na to, że niektóre książki naprawdę warto odwiedzać po latach.
Brak komentarzy