Bitterblue nie jest typową bohaterką fantasy. Nie wpada w wir walki, nie rzuca zaklęć na prawo i lewo. Zamiast tego gubi się w decyzjach, emocjach, polityce. I to jest jednocześnie jej największa siła i największy problem tej książki. Z jednej strony dostajemy postać bardzo ludzką, młodą dziewczynę, która została wrzucona w rolę, do której nikt jej tak naprawdę nie przygotował, bo jak objąć tron mając zaledwie dziesięć lat? Z drugiej momentami aż chce się nią potrząsnąć, bo ile można wątpić, panikować i krążyć w kółko? Ale może właśnie o to chodzi, o pokazanie, że bycie królową to nie tylko odwaga, charyzma i życie usłane różami, ale też chaos, strach i uczenie się na własnych błędach.
Najciekawszy moment tej historii zaczyna się wtedy, gdy Bitterblue przestaje słuchać doradców i zaczyna działać sama. Przebrania, nocne wyprawy, życie poza pałacem, odkrywanie prawdy, poznanie nowych przyjaciół, wciągają nas w ten świat bezpowrotnie. Gdy potem pojawiają się oni, złodzieje, którzy kradną tylko to, co już zostało skradzione, to nagle robi się naprawdę interesująco. Relacja między Bitterblue a jednym z nich to coś, co trudno jednoznacznie nazwać romansem. To raczej powolne, nieoczywiste napięcie, budowane na sekretach i niedopowiedzeniach. Nie każdemu to podejdzie, ale jeśli lubisz subtelniejsze wątki uczuciowe, jest na czym zawiesić oko.
Największą zaletą książki jest klimat, który jest niecodzienny i nieczesto spotykany w książkach. Tajemnice, pourywane wspomnienia, dziwne zachowania ludzi, poczucie, że coś tu bardzo nie gra, to wszystko buduje naprawdę intrygującą atmosferę. Motyw szyfrów i ukrytych wiadomości to wisienka na torcie. Dodaje historii takiego „detektywistycznego” smaczku, który potrafi wciągnąć. Jednak nie jest to historia idealna, momentami to wszystko bywa rozwleczone i to naprawdę rozwleczone. Są momenty, kiedy fabuła stoi w miejscu, a kolejne dialogi czy opisy nie wnoszą nic nowego. Zamiast napięcia pojawia się znużenie, a zamiast myśli „jeszcze jeden rozdział”, pojawia się myśl „może jutro”. I to boli, bo ta historia ma potencjał i to duży, liczyłam na więcej akcji, tym bardziej, że bardzo polubiłam Bitterblue i bardzo chciałam poznać jej historię.
To, co jednak zostaje w głowie po lekturze, to nie akcja, nie romans, a właśnie obraz świata po tragedii. Ludzi, którzy próbują żyć dalej, choć coś w nich zostało złamane. Społeczeństwa, które woli zapomnieć niż się rozliczyć. I królowej, która jako jedna z niewielu mówi „nie, musimy to zrozumieć”. To już nie jest tylko młodzieżowa fantastyka. To opowieść o pamięci, odpowiedzialności i tym, jak trudno jest naprawić coś, co zostało głęboko zniszczone.
„Bitterblue” to książka nierówna, momentami frustrująca, ale jednocześnie cholernie ciekawa. Ma w sobie coś, co mimo wszystko mnie do niej przyciągało i kazało wracać. Nie każdemu się spodoba, szczególnie tym, którzy lubią dużo pędzącej akcji. To historia, w której jedni zakochają się w klimacie i złożoności, inni zmęczą tempem.Ja jestem gdzieś pośrodku, trochę zirytowana, a trochę zachwycona. Ale jedno wiem na pewno, to nie jest historia, która przeleci przez głowę i zniknie. Ona zostaje. Nawet jeśli czasem masz ochotę ją odłożyć w połowie 😉
Egzemplarz bezpłatny otrzymany w ramach współpracy z wydawnictwem
Brak komentarzy