Czy znacie takie książki, do których wchodzi się jak do dobrze znanego domu, ale nagle odkrywa się w nim nowe skrzydło? Dla mnie "Sztorm i furia" właśnie taka była. Z jednej strony świeża historia, nowa bohaterka i nowe zagrożenie, a z drugiej znajomy klimat, który sprawił, że poczułam się dokładnie tam, gdzie zawsze chciałam być: w świecie stworzonym przez Jennifer L. Armentrout. Książka jest spin-offem trylogii "Dark Elements", którą pokochałam całą sobą 9 lat temu i powrót do tego świata był czymś niesamowitym.
Zacznijmy od Trinity Marrow, bo bez niej ta opowieść nie miałaby tego pazura. Uwielbiam jej buńczuczny charakter, to że nie daje sobie wejść na głowę, rzuca ciętymi ripostami i potrafi tupnąć nogą nawet wtedy, gdy naprzeciwko stoi istota zdolna ją unicestwić. Oczywiście, bywa impulsywna, a nawet bym stwierdziła, że bardzo. Czasami aż za bardzo. Nieraz miałam ochotę powiedzieć: "Trin, pomyśl sekundę dłużej!", ale… właśnie za to ją polubiłam. Jest prawdziwa, nieidealna, emocjonalna i ludzka w świecie pełnym demonów, strażników i nadprzyrodzonych sekretów.
A skoro o emocjach mowa, to humor w tej książce jest absolutnie fantastyczny. To jeden z tych elementów, za które cenię twórczość Armentrout najbardziej. Autorka ma niezwykły talent do rozładowywania napięcia żartem rzuconym dokładnie w tym momencie, w którym czytelnik spodziewa się wszystkiego, tylko nie śmiechu. Akcja pędzi, stawka rośnie, emocje buzują, a tu nagle bach, pojawia się dialog albo myśl bohaterki, która sprawia, że parskam śmiechem. I właśnie za tę umiejętność balansowania między dramatem, a lekkością kocham jej książki.
Ogromnym zaskoczeniem i jednocześnie czystą radością było dla mnie odkrycie, że "Sztorm i furia” to spin-off trylogii "Dark Elements". Nie spodziewałam się tego, a gdy dotarło do mnie, że wracam do tego uniwersum, byłam w siódmym niebie. Jestem wielką fanką tamtej trylogii, a los Zayne’a od dawna nie dawał mi spokoju. Jego brak klasycznego happy endu bolał, więc możliwość ponownego spotkania z nim, była jak maść na czytelnicze serce. Serio, szkoda mi go było i cieszę się, że Armentrout dała mu jeszcze przestrzeń w tej historii.
Bardzo mocnym i poruszającym elementem książki jest choroba wzroku Trinity. Początkowo byłam po prostu zaintrygowana, ale kiedy dotarło do mnie, że to ta sama choroba, z którą zmaga się sama autorka, zrobiło mi się autentycznie ciężko. Tym bardziej, że w książce pojawia się perspektywa całkowitej utraty wzroku w niedalekiej przyszłości. I tu pozwolę sobie na bardzo osobistą reakcję: kto nam będzie pisał takie cudowne książki?! To jeden z tych momentów, gdy fikcja uderza w rzeczywistość z ogromną siłą i zostaje z czytelnikiem na długo po zamknięciu książki.
Akcja w "Sztormie i furii” to prawdziwy rollercoaster, pędzi i ani na moment nie pozwala czytelnikowi złapać oddechu. Ledwo zdążysz przetrawić jedno wydarzenie, a już pojawia się kolejne zagrożenie, nowy sekret albo niespodziewany zwrot fabularny. Tu naprawdę ciągle coś się dzieje: ataki demonów, odkrywanie kolejnych kart, napięte konfrontacje i sytuacje, w których stawka rośnie z każdą stroną. Armentrout świetnie dawkuje tempo, nie ma tu dłużyzn ani zbędnych przestojów, a każde słowo wydaje się ważne. Nawet spokojniejsze momenty podszyte są napięciem, bo cały czas czuć, że coś wisi w powietrzu i zaraz eksploduje. Dzięki temu książkę czyta się niemal kompulsywnie i "jeszcze jeden rozdział" bardzo szybko zamienia się w "ojej, już jest druga w nocy". Na niej naprawdę powinno być ostrzeżenie "uwaga, bo się nie wyśpisz". Dynamiczna akcja idealnie napędza emocje i sprawia, że trudno się od tej historii oderwać, dokładnie tak, jak lubię najbardziej.
Wątek romantyczny rozwija się powoli, bez pośpiechu i nachalności, ale od samego początku czuć między bohaterami chemię. Już przy ich pierwszym spotkaniu iskrzy, w spojrzeniach, w docinkach, w napięciu, które wisi w powietrzu i nie chce zniknąć. To relacja budowana na słowach, gestach i emocjach, a nie na szybkich deklaracjach czy oczywistych schematach. Bardzo podobało mi się to stopniowe zbliżanie, pełne nieufności, przekomarzanek i wewnętrznych rozterek. Nic nie dzieje się tu „za łatwo”, a każde kolejne przesunięcie granicy ma znaczenie. Dzięki temu nawet drobne momenty między bohaterami potrafią wywołać szybsze bicie serca. To właśnie ten typ romansu, który rozwija się w tle dynamicznej fabuły, ale ani na chwilę nie traci intensywności. Subtelny, elektryzujący i bardzo w stylu Armentrout, czyli dokładnie taki, jak uwielbiam.
Nie sposób nie wspomnieć o zakończeniu. Armentrout po raz kolejny udowadnia, że potrafi zaskoczyć. Myślałam, że wiem, w jakim kierunku to zmierza. Myliłam się. Finał wywarł na mnie ogromne wrażenie i sprawił, że natychmiast chciałam sięgnąć po kolejny tom, z tym charakterystycznym dla jej książek uczuciem ekscytacji pomieszanej z lekkim niedowierzaniem. „Sztorm i furia” to historia pełna akcji, humoru, emocji i nadprzyrodzonych tajemnic. To powrót do ukochanego świata i jednocześnie nowy początek. Dla fanów "Dark Elements" pozycja obowiązkowa. Dla miłośników romantasy z charakterem, prawdziwa perełka. A dla mnie? Kolejny dowód na to, że Jennifer L. Armentrout wie dokładnie, jak trafić prosto w czytelnicze serce. 💙
Brak komentarzy