NAJNOWSZE POSTY

"Siostra nocy" czyli zakończenie, na które czekałam… choć nie wszystko zagrało. Finały trylogii zawsze budzą emocje. Wchodząc w świat "Siostry nocy", ostatni tom cyklu "Trzy czarownice", liczyłam na wielkie domknięcie wszystkich wątków, jeszcze więcej magii, no i oczywiście na rozwinięcie relacji między bohaterami, z którymi zdążyłam się zżyć. I tak, muszę to powiedzieć na wstępie: Aarvand i Caleb to dalej moi absolutni ulubieńcy. Aarvanda nie odpuszczę nigdy, a Caleb… cóż, demon czy nie, ja i tak mam do niego słabość. A skoro już o męskich bohaterach mowa, to w końcu Vi ogarnęła się z tym jej wiecznym wzdychaniem do Ezry. Ulga jak stąd do Camelotu. Niestety, to uczucie nie trwało długo, bo jej ciągłe odpychanie Aarvanda zaczęło mnie zwyczajnie drażnić. Rozumiem traumę, rozumiem chaos po pobycie w Kerys, ale ile można? Myślałam tylko sobie "dziewczyno, ogarnij się, masz takie ciasteczko do schrupania, a ty jojczysz!".

Marah Woolf od pierwszej strony wrzuca nas w emocjonalny rollercoaster: Vianne wraca do domu, ale wraca odmieniona, poraniona i nieufna. Świat czarownic i świat demonów stoją na krawędzi, a sprzymierzeńcy muszą nauczyć się sobie ufać, co, szczególnie w przypadku Vi i Aarvanda, brzmi jak misja niemożliwa. Największym plusem tego tomu, przynajmniej dla mnie, jest rozbudowanie świata i głębsze zanurzenie w legendach arturiańskich. Mamy Camelot, boginie sterujące losem świata, magię, która w końcu nabiera rozmachu i to wszystko naprawdę potrafiło mnie wciągnąć.

Momentami akcja była świetna, intensywna, pełna emocji, a inne fragmenty sprawiały wrażenie przeciągniętych. Jakby autorka bardzo chciała, by tom nie był najkrótszy i miejscami dopisywała więcej, niż było potrzebne. Z drugiej strony "Siostra nocy" w końcu zamyka wiele tajemnic z poprzednich części, a to zawsze daje czytelnikowi satysfakcję. Tylko, że czasem zamyka je trochę zbyt szybko, zbyt gładko albo zbyt słodko. Bo tak, mamy tu happy end, który jest tak cukierkowy, że aż niebezpiecznie mdły. I wiem, że wielu to kupi (szanuję!), ale ja chyba wolałabym więcej goryczy albo chociaż bardziej konsekwentne rozwiązania.

Wątki romantyczne w tym tomie to jest osobna historia i mogłabym tu pisać długo, ale oto skrót. Vianne i Aarvand: uwielbiam tę dynamikę, ten potencjał, te wszystkie emocjonalne spięcia, ale Vi w tym tomie potrafiła mnie wyprowadzić z równowagi jak nigdy. Raz się do niego klei, raz ucieka, raz potrzebuje, raz oskarża o zdradę, bywało to męczące. Aarvand natomiast nadal ma w sobie to coś. Charyzmę. Ciemniejszą stronę. I tak, jest w moim panteonie książkowych mężów, tu się nic nie zmienia. Aimée i Caleb: ich relację kocham przez całą serię, stabilniejszą, dojrzalszą, bardziej emocjonalnie wiarygodną. Caleb to w ogóle złoto. Natomiast ostatnia z sióstr, Maëlle, nie da się ukryć, że mogłoby być jej znacznie więcej. Z kolei jej wątek romantyczny momentami mnie niepokoił, bo balansował na granicy toksycznych schematów. Był trochę nienaturalny. 

Co wyszło w książce świetnie? Zdecydowanie klimat legend arturiańskich, który pokochałam, chemia między bohaterami (kiedy akurat nie wariują), siostrzano-magiczna więź, szybkie tempo po pierwszych rozdziałach, emocje, które czasem są frustrujące, ale prawdziwe. Co mnie męczyło? Zdecydowanie zbyt wiele wątków upchniętych naraz, przewidywalność w drugiej połowie, przesłodzone zakończenie, Vi, która sama nie wie, czego chce, magiczne „bo tak” (szczególnie w rozwiązaniu konfliktu).

"Siostra nocy" to finał, który jednocześnie daje satysfakcję i pozostawia drobny niedosyt. Warto przeczytać go dla zamknięcia historii, dla sióstr, dla magii i nie będę ukrywać, że dla Aarvanda i Caleba, którzy ciągną tę historię jak nikt inny. Czy to najlepszy tom? Nie. Czy wciąga i daje emocje? Zdecydowanie. Czy mimo wad dobrze mi się go czytało? Tak. To finał, który potrafi wzruszyć, a jednocześnie zirytować i może właśnie dlatego tak pasuje do tej serii. Jeżeli szukacie lekkiej, emocjonalnej fantastyki z nutą romansu, to "Trzy czarownicenadal mogą Was porwać. Ale jeśli oczekujecie konsekwentnej, wielowarstwowej, epickiej opowieści, to przygotujcie się na kilka zgrzytów.

Brak komentarzy