"Siostra księżyca" — czyli jak pokochałam Aarvanda, przetrwałam Vianne i zanurzyłam się w magii, która aż iskrzy.
Drugi tom serii "Trzy czarownice" zabrał mnie w podróż pełną demonów, bogiń, zdrad, sekretnych przejść i... no dobrze, powiedzmy to głośno — miłosnej głupotki Vianne, która potrafi zirytować bardziej niż demoniczny król w najgorszy dzień swojej kariery. I choć w "Siostrze księżyca" dzieje się naprawdę dużo, czasem wręcz za dużo jak na jedno serducho, to jedno jest pewne, trudno oderwać się od tych stron, nawet gdy ma się ochotę delikatnie potrząsnąć główną bohaterką.
Nie umiem ukryć, że Vi momentami działała mi na nerwy tak, że potrzebowałam kilku głębokich wdechów przed kontynuowaniem lektury. Jej wieczne wzdychanie za Ezrą, to trzymanie się jednocześnie jego i Aarvanda, to miotanie się między “kocham go”, “nie, jednak nie”, “ale jednak tak”, "jestem świadoma, że nie jest dla mnie, no ale jednak chyba go kocham"… Gdyby była z cukru, już dawno by się rozpuściła od tego wahadła emocji. Ale! Paradoksalnie właśnie to sprawia, że w powieści jest o co się wkurzać i komu kibicować, a ja lubię książki, które wywołują emocje, nawet te mniej eleganckie.
Aarvand — mój książkowy mąż numer (kolejny). Odkąd pojawił się w pierwszym tomie, czułam, że coś z niego będzie. I nie pomyliłam się. W "Siostrze księżyca" Aarvand wchodzi na scenę z taką charyzmą, że cała reszta męskich bohaterów blednie przy nim niczym świeczka obok pochodni. Jego obecność sprawia, że sceny nabierają temperatury, dialogi mają pazur, a ja przewracałam strony szybciej, niż zdążyłam zrobić herbatę.Tak. Zakochałam się. I nie zamierzam tego ukrywać. Team Aarvand. Przy nim nawet Caleb blednie.
O ile trójkąty romantyczne potrafiły mnie zirytować, o tyle wędrówki do bogiń były dla mnie absolutnie przepiękne. To momenty, w których świat przedstawiony naprawdę błyszczy, jest tajemniczy, mistyczny, pełen kobiecej mocy i pradawnych sekretów. Gdyby cała książka była złożona tylko z takich scen, czytałabym ją jak w transie.
Zresztą… prawie tak było.
Tempo akcji? Galop, ale taki, który da się lubić. Nie ma tu czasu na nudę. Siostry pakują się w tarapaty szybciej, niż zdążysz powiedzieć “Regulus”. Są intrygi, zdrady, sekrety, zawiłe układy i jeszcze bardziej zawiłe konsekwencje. Autorka wrzuca czytelnika do świata demonów, bogactwa, brutalnych eksperymentów, a nawet rodzinnych przepychanek i muszę przyznać, że większość tych elementów naprawdę działa. Zresztą, momentami miałam poczucie, że fabuła to taki fantastyczny rollercoaster: nie zawsze wiesz, dokąd jedziesz, ale krzyczysz z ekscytacji.
Chociaż Vianne bywa… no, jaka bywa, wszyscy wiemy, to jej relacja z siostrami jest piękna, ciepła i autentyczna. Kochają się, wspierają, kłócą, bronią nawzajem i to właśnie one trzymają całą historię w ryzach. Gdyby dziewczyny były realne, sama chciałabym z nimi usiąść na herbatę i obgadać pół magicznego świata.
"Siostra księżyca" to tom, który ma swoje wady (głównie w postaci jednej konkretnej bohaterki i jej nieszczęsnych westchnięć), ale jednocześnie błyszczy intensywnie — magią, akcją, światem, który zaskakuje, oraz bohaterami, których trudno nie polubić. Aarvand skradł moje serce. Wędrówki do bogiń skradły moją wyobraźnię. A historia sióstr sprawiła, że z przyjemnością wrócę do kolejnego tomu, nawet jeśli będę musiała jeszcze kilka razy przewrócić oczami na Vianne. Jeżeli lubicie intensywne, magiczne przygody z odrobiną chaosu (emocjonalnego i fabularnego), to ta książka zdecydowanie Was porwie. A może i Wy znajdziecie tu swojego Aarvanda… uprzedzam jednak: konkurencja jest spora. 😏✨

Brak komentarzy