NAJNOWSZE POSTY

Są takie książki, które zaczynają się jak kręcenie starego, zacinającego się gramofonu – niby coś gra, ale igła co chwila przeskakuje. "Trzy czarownice" właśnie tak ze mną zrobiły. Przez pierwsze rozdziały miałam ochotę delikatnie potrząsnąć Vianne i wysłać jej list: „Kochana, Ezra cię nie odwiedził, zapomniał o tobie – wiemy. My też cierpimy. Ale może jednak skupmy się na demonach czy czymś…?” Jej ciągłe rozpamiętywanie dawnych uniesień i westchnień potrafiło być męczące, wręcz irytująco nastoletnie. Ale i tu przychodzi zaskoczenie, to właśnie ten jej emocjonalny chaos, ta rozchwiana, nie do końca kontrolowana czułość, później okazały się największą siłą powieści. Bo z czasem to już nie było tylko „och, Ezra”, a raczej bolesne dojrzewanie w świecie, w którym granica między miłością a obowiązkiem jest tak cienka, jak pękająca bariera między ludźmi a demonami.

Przyznaję, że na początku ciężko było mi wgryźć się w książkę. Świat niby fascynujący, arturiańskie legendy splecione z francuskimi lasami, Loża pilnująca pradawnego paktu, demony czekające po drugiej stronie szczeliny, a jednak coś mi zgrzytało. Ale kiedy fabuła wreszcie ruszyła, to ruszyła jak lawina. Wciągnęłam się tak bardzo, że zarwałam dla niej… cóż, nie tylko noc, ale na pewno kilka godzin, których nikt mi nie odda. I dobrze, bo warto było.

Dużo się tu dzieje, są tajemnice, polityczne przepychanki, niestabilny pakt z demonami, zaskakujące pomysły na jego przedłużenie, a do tego jeszcze decyzje Asha, które potrafią człowieka wyrwać z równowagi. Byłam pewna, że wiem, w jaką stronę zmierzają jego myśli, a potem okazało się, że nie wiedziałam nic. To taki bohater, który niby graj na waszej stronie, ale jednocześnie gdzieś tam w cieniu zaciska palce na kartach własnej talii. Trzymałam go na oku od pierwszego rozdziału i mam wrażenie, że słusznie. 

Jednak to, co najbardziej mnie ujęło, to nietypowe, ale jednocześnie odważne podejście do wątku romantycznego. Tu nie ma słodkiego, różowego happy endu. Miłość Vianne jest trudna, brudna, momentami bolesna. Autorka nie boi się pokazać, że uczucia nie zawsze składają się w ładną, logiczną układankę. I bardzo to doceniam.

Skoro już o postaciach mowa, to muszę wspomnieć Caleba. Ach, Caleb. Jeśli ta książka jest lasem pełnym demonów, polityki i ciężaru dawnych traktatów, to on jest takim niespodziewanym ognikiem humoru pośrodku mroku. Jego sarkazm i poczucie humoru kupiły mnie natychmiast, i sprawiły, że każde jego pojawienie się na scenie dawało mi chwilę oddechu. Mam przeczucie, że jeszcze wiele namiesza w kolejnych tomach… i aż zacieram ręce na to, co zrobi.

Sama historia przesycona mocami żywiołów, siostrzaną magią i narastającym napięciem między światami rozkręca się powoli, ale gdy już złapie właściwy rytm, trzyma jak dobrze rzucone zaklęcie. Ostatnie rozdziały pędzą tak, że człowiek prawie słyszy szum skrzydeł demonów nad głową. I oczywiście kończy się w momencie, w którym absolutnie nie powinno się kończyć. Klasyka gatunku: „O, fabuła wreszcie eksplodowała? No to koniec tomu”.

To książka nierówna, momentami frustrująca, ale finalnie hipnotycznie wciągająca. Jeżeli dacie jej czas, odwdzięczy się magią, emocjami i klimatem, który zostaje w głowie. I choć Vianne bywa… cóż, Vianne, to jej droga ma sens, a jej błędy są bolesne, ale potrzebne. A ja? Już mam drugi tom na liście. Bo po takim finale po prostu nie da się odpuścić. Polecam, zwłaszcza tym, którzy lubią, gdy fantasy smakuje nie tylko potężnymi czarami, ale też emocjami, które potrafią boleć tak samo jak demoniczne ukąszenia.

Brak komentarzy