NAJNOWSZE POSTY

Pierwszy kontakt z tą książką przypomina moment, w którym orientujesz się, że w lesie zrobiło się zbyt cicho. Żaden ptak, żadna gałąź, nawet oddech wiatru nie przerywa ciszy, jakby wszystko czekało.
Aż nagle słychać trzask gałęzi w mrocznym lesie: nagły, niepokojący dźwięk, który każe obejrzeć się przez ramię, zanim jeszcze zdążysz pomyśleć, że właściwie nic złego nie powinno się wydarzyć. I choć w „Jagnięciu” pełno jest ciszy, to właśnie w tej ciszy czai się największy strach, taki, którego nie da się odgonić lampką nocną ani zdrowym rozsądkiem.

Margot, dziecko wychowywane przez matkę w odosobnionej chatce, zna świat tylko z dwóch perspektyw: tych samych ścieżek, którymi krąży od lat i obcych, którzy pojawiają się u ich drzwi tylko po to, by zniknąć na zawsze. „Zbłąkani” – tak nazywa ich jej matka. W ustach dorosłej kobiety to brzmi niemal czule. W praktyce… jest wszystkim, tylko nie opieką. „Zbłąkani” nie są tu bohaterami opowieści. Są surowcem. Są odpowiedzią na głód jej matki, głód, którego nie da się oswoić ani uciszyć. Rose pisze o tym tak zwyczajnie, jakby opowiadała o nakrywaniu do stołu i właśnie ta zwyczajność jest najbardziej przerażająca. Bo zło w „Jagnięciu” nie krzyczy. Ono chodzi w kapciach. I to właśnie kontrast między dziecięcą percepcją a brutalnością codzienności jest największą siłą tej powieści. Lucy Rose nie musi epatować okrucieństwem, wystarczy, że doprowadza do sytuacji, w której zbrodnia wydaje się rytuałem, a rytuał rodziną.

Pojawienie się Eden to moment, w którym historia zaczyna oddychać inaczej. Eden nie zmienia świata Margot w jednej chwili, nie robi rewolucji. Pojawia się jak światło odbite w kawałku lodu, przelotne, ale trudne do zapomnienia. Dzięki niej dziewczynka zaczyna widzieć więcej, nie tylko to, co dzieje się na stole, ale też to, co dzieje się między ludźmi. Margot nigdy wcześniej nie widziała kogoś, kto nie pachnie strachem. I może właśnie dlatego ta dziewczyna budzi w niej coś, co brzmi jak pragnienie wolności, a wygląda jak zdrada. Rose nie opowiada tutaj romansu, lecz pierwsze doświadczenie inności. Może czułości. Może buntu. Właśnie w tych półtonach tkwi największe piękno powieści. To bardziej przypomnienie, jak wygląda pierwszy moment, gdy widzisz świat takim, jaki jest, a nie takim, jaki kazała ci widzieć matka.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak cicho „Jagnię” potrafi być. Kanibalizm, od którego wielu oczekiwałoby obrzydzenia, jest tu przedstawiony niemal jako domowy zwyczaj. Ta neutralność nie uniewinnia bohaterek, ona uwypukla koszmar, który na co dzień pozostaje niezauważalny. A czytelnik sam zaczyna odczuwać dyskomfort, bo jest świadkiem czegoś, co nie powinno być normalne, a jednak w tej opowieści takie właśnie jest. Rose nie pisze okrucieństwa grubą kreską. Nie ma tu gwałtownych tortur ani spektakularnych scen. Groza rodzi się z tego, jak normalne stają się rzeczy nienormalne. Z tego, że narratorką jest dziecko, które nie zna innego świata. Z tego, że potwory siedzą przy stole i piją wino. To horror psychiczny, leniwy, gęsty. Nie taki, który przyspiesza tętno, raczej taki, który spowalnia oddech.

Relacja Margot z matką jest tu sercem całej opowieści, sercem, które bije nieprzyjemnie wolno. To jeden z najbardziej klaustrofobicznych portretów zależności, jakie czytałam: miłość podszyta strachem, czułość spleciona z głodem, przywiązanie będące równocześnie więzieniem. Na dnie tej historii nie leży krew, lecz więź. Skrajnie toksyczna, pełna manipulacji, władzy i złudnej miłości. Relacja Margot z matką jest jak zaklęcie: trudno je złamać, nawet gdy wiesz, że cię niszczy. Rose świetnie uchwyciła momenty, w których dziecko zaczyna dostrzegać rysy na posągu osoby, którą dotąd uważało za cały świat. I chyba to najmocniej utkwiło mi w pamięci: świadomość, że w tym lesie największym potworem nie jest głód.

Z pewnością nie będzie to lektura dla każdego. „Jagnię” wymaga czasu i cierpliwości. Zamiast dynamiki oferuje atmosferę, zamiast jump scare’ów, powolne odkrywanie prawdy, od której trudno odwrócić wzrok. To powieść, która bardziej szepcze niż krzyczy, ale za to zostawia echo w myślach na długo po ostatniej stronie. Nie jest to książka wygodna. Nie jest też książką „ładną". Ale jest niezwykle sugestywna, intensywna i pełna emocjonalnych zadrapań.

Egzemplarz otrzymany w ramach bezpłatnej współpracy z wydawnictwem 


Brak komentarzy